Komisarz Watson: rozdziała drugi / Piotr Grocholski

Komisarz Watson: rozdziała drugi / Piotr Grocholski

Wcześniejsze:
Dochodziła godzina 16 (fragment powieści) / Piotr Grocholski

Komisarz i Watson: cz 2 / Piotr Grocholski

 


Rozdział drugi.

W gabinecie prezesa Global Center Bank znajdowało się trzech mężczyzn. Prezes siedział przy biurku bawiąc się bezwiednie długopisem, a dwóch pozostałych siedziało w wygodnych skórzanych fotelach. Niebawem mężczyzna siedzący przy biurku, wstał i szybkim krokiem podążył do okna, które wychodziło na południową stronę metropolii.

- Moi panowie to wszystko nasze. Cała stolica. Od nas zależy, komu damy jego ukochany przetarg dla kuzyna. Na tym polega władza. Forsa, forsa i pewien mechanizm, na którym reszta pajacyków jest na naszym sznurku. A my kierujemy tym mechanizmem. To wszystko nasze- rzekł szef.

- Jak widzę, że na starość zramolałeś, delikatnie mówiąc stałeś się sentymentalny- przerwał mężczyzn siedzący po prawie stronie biurka, skracaj się, jeżeli nie masz nic więcej do powiedzenia, za godzinę mam korty, a potem Spa. 

- Gówno mnie obchodzą wasze zasrane korty, i dziewczynki, tak to prawda, nie po to was tu wezwałem, aby wspominać dawne czasy, czy podsumować pracę dla dobra socjalistycznej ojczyzny.- odparł poirytowany prezes.

- Sprawa jest delikatna, Kalinowski spotkał się z Wieleckim, to informacja pewna, pochodzi z wiarygodnego źródła, od naszego informatora. - dokończył szef.-

 - Z Wieleckim?- zapytał  nieznajomy.- A co to za jeden skurwysyn?

- Ty złamasie znasz innego, ten dziennikarzyna, któremu daliśmy małe ostrzynko- stwierdził znajomy, który się śpieszył na korty.

- Dopóki, od czasu przekazywał Kalinowski nieistotne informacje, szefostwo nie przywiązywało uwagi, ale teraz chodzi o coś ważniejszego, góra doszła do wniosku, że to może prowadzić do naruszenia ich interesów, więc trzeba śledzić Wieleckiego, aby on zaprowadził do źródła co interesuje naszych szefów. -stwierdził zasępiony prezes.

- To może go załatwić i nie będzie problemu, co? - powiedział nieznajomy.

- Ty jesteś skończonym idiotą, nas głównie interesuję z kim się spotka jeszcze Wielecki, a poza tym on  jest nie byle jakimś pismakiem, którego można zastraszyć, podstawić panienkę, czy spuścić łomot. To nie ta liga, a Kalinowskiego też mamy na oku i jeżeli się będzie wychylać, to zapomnimy o dobrych manierach, skrócimy jego o głowę. Do waszych zadań należy uruchomić stare kontakty, śledzić cały czas Wieleckiego, jeżeli coś spieprzycie, to nikt o was nie będzie pamiętał, że pracowaliście w firmie. Jeszcze dzisiaj pismak ma mieć ogon.- rzekł prezes rozkazującym tonem.

- Nie martw się stary, mamy fachowców, którzy znają się na robocie, jeszcze dzisiaj uruchomię sekcję.- powiedział nieznajomy.

  Późnym wieczorem Wielecki obejrzał film w Internecie, który polecił mu Kalinowski, szybko zlokalizował Marka Skórskiego, dowiedział się, że mieszka w Szczecinie- miał co prawda trudności z odczytaniem ulicy, na której działa się akcja filmu- nakręconego przez dziennikarza TVN Romana Sobańskiego. Zatrzymał parę razy kadr i zauważył małą restaurację, a obok nazwę ulicy. 

- Bingo- mam, to ulica 5 lipca, teraz trzeba bardzo dużo szczęścia, aby na niego wpaść. Wielecki  spakował najbardziej potrzebniejsze rzeczy do bagażnika swojego starego poczciwego garbusa , który miał z okładem dwadzieścia lat. Król dziennikarzy wyjechał z Gdańska około godziny 24 , jechał trasą nowo wyremontowaną szosą w kierunku Szczecina. Po czterech godzinach jazdy zjechał na pobocze, zdrzemnął się na kwadrans. Wtedy przypomniał sobie zdania, które wypowiedział Kalinowski. ,,Uważaj firma ma ciebie na oku, nie tak dawno miałeś wypadek myślisz, że to zbieg okoliczności, nie wiesz w co się pchasz, przecież Oni mogą ciebie skrócić o głowę, a nie wiem gdzie ci będę mógł położyć kwiaty na  Święto Zmarłych”. -  Zaryzykuję, nie wiesz, co to być dziennikarzem, polować na zwierzynę, brać udział w polowaniu- stwierdził po namyśle Wielecki.

-  Rób co chcesz, ale czuję, że się chyba ostatni raz widzimy- powiedział Kalinowski.

 Krótka drzemka, łyk gorącej kawy z termosu postawiła starego lisa na nogi. Niebawem z wielką szybkością przyjechał Merc koloru czarnego i skręcił w leśny dukt. Z auta wysiadł facet, o wysportowanej sylwetce, spoglądał do tyłu noktowizorem w kierunku samochodu Wieleckiego. Szosa lśniła od deszczu, jakby polewaczki przejeżdżały cały wzdłuż i wszerz przez cały czas. Po dwóch godzinach jazdy Wielecki zbliżał się do Szczecina, miasta portowego, które co budziło się do życia, tak charakterystyczna miastom położonym nad rzekami, nie spotykane w innych metropoliach. Ludzie udawali się do pracy, kupcy otwierali swoje firmy, przyjmowali towary, mając nadzieję, że dzisiaj będą mieli lepszy utarg, a w dali unosił się pomruk wpływających i wypływających statków. Wielecki bez trudu odnalazł 5 lipca- znał dobrze Szczecin, bo mieszkał w nim na początku lat sześćdziesiątych, wysiadł wyprostować stare kości, spojrzał w kierunku małej restauracji. Właściciel otworzył swój biznes, król dziennikarzy zamówił mocną kawę na wynos, wsiadł do swojego garbusa i zdrzemnął się na kwadrans. Wydawało mu się, że spał całą noc, dopiero gwar ludzi  spieszących się do pracy, obudził go na nowo. Nie to już nie dla mnie włóczyć się do portowego miasta, lepiej siedzieć w swoim mieszkaniu pokrytym kurzem czasu, ale chęć przygody balansującej na pogranicza życia i śmierci, wzięła górę. Sporadycznie, od czasu do czasu rozglądał się raz w lewo, raz w prawą stronę ulicy wypatrując Skórskiego. Prawdopodobieństwo, że akurat dziś spotka byłego esbeka, wynosiła pięćdziesiąt procent, w najlepszym razie. A jeżeli on dzisiaj nie przyjdzie nie będę przecież czekać cały czas, może pojawić się każdego dnia, pozostaje mi wymyśleć inny sposób, aby się spotkać. Żadna przechodząca osoba nie przypominała kształtem Skórskiego. Wielecki zasnął. Obudził go łomot klapy od kontenera, z którego wyciągał metale szlachetne przedstawiciel firmy jednoosobowej, którego dzienny zysk nie przekraczał paru złoty. W pewnym momencie zjawił się drugi szmaciarz, rozmawiali przez kilka minut.

- Kurwa mać mam szczęście, to na pewno On, chyba że to jego sobowtór. Poczuł, że krew uderzyła z taką siłą, jakby miał dostać zawał serca. Wielecki wysiadł ze swojego leciwego garbusa, obserwował cały czas Skórskiego, który lekkim krokiem poszedł w kierunku drugiego śmietnika, na moment stanął, wyjął paczkę papierosów, zapalił brudnego skręta, wkrótce poczuł spojrzenie Wieleckiego.

-  Czy pan nazywa się Skórski? - zapytał Wielecki.

- Pan się pomylił- odparł nieznajomy.

- Nie pan nie gra głupca, przecież widziałem wywiad redaktora Sobańskiego, który przeprowadził z panem wywiad, panie Skórski. - odparł stary wyga.

- Obserwowałem pana co najmniej pięciu minut, panie profesorze, jeżeli ma pan do mnie sprawę, niech pan idzie do tej małej restauracji, ja za dziesięć minut się zjawię- odrzekł Esbek.

Skórski pojawił się za pięć minut. Był ubrany w dżinsową w kolorze jasno-granatowym, zieloną kurtkę i wyglądem nie przypominał kloszarda, którego głównym zajęciem jest plądrowanie po kubłach od śmieci. Usiadł przy stoliku, przy którym siedział król dziennikarzy.

-  Nie pan nie zwraca na siebie uwagi, udajemy, że siedzimy przypadkowo przy jednym stoliku. Poza tym wiem kim pan jest, miał pan dużo szczęścia, że pan mnie spotkał- odrzekł Skórski. 

-  Domyślam się, że ma pan do mnie interes, chodzi panu o pewne informacje, w dzisiejszych czasach jest to taki sam towar jak inne, to tylko kwestia ceny. Wielecki wziął  cukierniczkę, rozsypał jej zawartość na blacie, powoli palcem wskazującym napisał nazwisko pani rzecznik, Skórki zbladł na moment, powiedział cicho.

- Tak prawda prowadziłem ją przez parę lat, ale Ona wtedy była zwykłym tajnym współpracownikiem, a dziś jest na świeczniku, świat polityki przesiąknięty różnymi układami ze starą ubecją. Nic z tego nie będzie, ja zapomnę a pan zapomni , że się w ogóle spotykaliśmy. Wielecki zagrał Vabank. 

 - Ma pan pozdrowienia od Kalinowskiego, dwadzieścia lat temu Kalinowski pomógł Skórskiemu, dał mu nowe nazwisko, dane i parę groszy na zamieszkanie.

- To pan wie?- odrzekł Skórski.

- Tak wiem, a długi trzeba spłacać- stwierdził stary wyga.

- Zrobię to tylko dla pana, bo pan zna Kalinowskiego, to tak jakby pana polecił- - odrzekł Skórski. 

-  Ale pod jednym warunkiem, ta informacja będzie pana drogo kosztować.

- Ile? - zapytał stary wyga.

- Zwykła informacja nie mająca żadnego znaczenia, przeznaczona do mediów, kosztuje w granicach dziesięciu tysięcy zł, ale kopia tajna kosztuje dwadzieścia tysięcy, ale moją informacja o Jaworskiej musi kosztować 80 tysięcy złociszy, poza tym ja dużo ryzykuję. - odparł stary Esbek.

- Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że dzisiaj są takie ceny- stwierdził po namyśle król dziennikarzy. - stwierdził Wielecki.

- Czy dysponuje pan taką sumą- ciągnął Skórski.

- Niestety nie, mam w banku zaledwie 3o tysięcy, a może w paru ratach? - zapytał stary wyga.

- Niech pan nie będzie śmieszny, jeżyli nie ma pan tej sumy, to nie mamy o czym gadać, szkoda czasu- stwierdził Esbek.

- No dobrze sprzedam panu kopię, na której widnieje tylko numer tajnego konfidenta, nie czytelny podpis, pieniądze, które otrzymywała, jeżeli pan w określonym czasie dostarczy następną ratę dostanie pan oryginał, to będzie najlepsze rozwiązanie. W razie wpadki nikt nie skojarzy, że ma pan kwit na Baśkę Jaworską- stwierdził Skórski. - A więc do środy, a pan zna Szczecin, wie pan gdzie są Wały Chrobrego, tutaj ma pan mój numer telefonu, jak będzie pan miał forsę, to do mnie puści tylko strzałkę, spotkajmy się około godziny 14 obok małej restauracji.

- Mieszkałem w Szczecinie dwa lata, znam te portowe miasto dosyć dobrze. Jeszcze raz panu dziękuje, a tak na marginesie, dlaczego pan żyje jako?

- Bezdomny, sztuka kamuflażu to szansa przeżycia w stadzie, komu przyjdzie dogłowy, że kiedyś pracowałem w firmie i gdyby nie pewien przypadek, dziś byłbym takim samym skurwielem, jak ci którzy pociągają za sznurki. A tak mam przynamniej czyste sumienie, czasami wpadnie pewna suma od Kalinowskiego, czasami gdzieś dorobię na boku i tak ciągnę ten wózek. -stwierdził Esbek.

-  Mamy jednak coś wspólnego, walcząc o prawdę zachowujemy resztki człowieczeństwa. Niech pan uważa na siebie, licho nie śpi. 

Po chwili Skórski wyszedł z podrzędnej knajpy. Wielecki zamówił setkę, musiał się odprężyć, zapalił papierosa. Przypomniał sobie znamienne słowa Kalinowskiego. Król dziennikarzy nie miał specjalnych kłopotów w banku. Wziął wszystkie oszczędności z konta. W środę około godziny 13 udał się na Wały Chrobrego, uczniowie wracali z pobliskiego liceum, dwie wycieczki niemiecki podziwiały zabytki portowego miasta. Niebawem podszedł Skórski.

- Trochę się spóźniłem -  rzekł esbek. Musiałem pana obserwować, czy przypadkiem nie ma pan ogona, a teraz udamy się na zaplecze restauracyjki,

- Ma pan w kopercie forsę- odrzekł Skórski.

-  A tu  jest kopia, tak jak mówiłem, niech pan spojrzy, o dowód, literą z oznaczaliśmy kopię najbardziej poufnych materiałów naszych informatorów. Poza tym na kopi pan znajdzie identyfikator tajnego współpracownika o szczególnym znaczeniu, widnieje tez nieczytelny podpis Jaworskiej. Większość tajnych dokumentów operacyjnych skopiowano już 1985 roku, zdawaliśmy sobie sprawę, ze to tylko kwestia czasu, że firma zmieni tylko pewną formę władzy, zmieni się tylko szyld na kapitalizm, a firma będzie rządzić zza pleców. Mieliśmy kwity na prawie wszystkich działaczy w zarządzie Solidarności. 

- Ma pan jeszcze dokumenty?- zapytał stary wyga.

- Mam jeszcze kilka, gdybym je wszystkie opylił starczyło mi w miarę na dobre, życie, powiedzmy w Holandii. A tak na marginesie ten kwit na Baśkę jest dla niej wart wszystkie pieniądze, które suka ma na koncie w bankach szwajcarskich. Do widzenia, chyba się ostatni raz widzimy, aha jak pan będzie przechodził na zielonych pasach, niech pan bardzo uważa, już firma dała panu raz ostrzeżenie. Powiedział mi o tym Kalinowski. 

Nikt z nich nie zdawał sobie sprawy, że są obserwowani przez facetów z Merca, który szybko przejechał obok garbusa Wieleckiego i co pewien czas robili zdjęcia.

 

 

Koniec rozdziału drugiego.

C.d.n.