Dochodziła godzina 16 (fragment powieści) / Piotr Grocholski

Dochodziła godzina 16 (fragment powieści) / Piotr Grocholski

     

Nic specjalnego się nie wydarzyło tego dnia. Kompletnie nic. Dzień tylko tym różnił się od minionego, że od samego rana padał rzęsisty deszcz. Ulice pokryły się licznymi kałużami, a samochody lśniły, jakby prosto wyjechały z myjni. Cisza - ani jednego wezwania. Karski wiedział dobrze, że takie przerwy nie wróżą nic dobrego. Przerwy nie będą przecież trwać wiecznie. Nie od dziś pracował ``sekcji kryminalnej. On stary wyga czuł, że w każdej chwili może zadzwonić telefon, który przerwie tą pozorną sielankę i będzie musiał znowu pracować nad nową sprawą.

      Przez moment zaczął wspominać. Wszystkie wydarzenia, które odeszły już dawno do lamusa, znowu wracały. Przypomniał sobie wtedy, że będąc na trzecim roku prawa w Poznaniu, jako przyszły dobrze zapowiadający się prawnik, poznał swoją przyszłą żonę. Ona piękność blond, nogi Marleny Dietrich, szczupła, średniego wzrostu zwróciła, od razu na niego uwagę. Po dłuższym okresie spotykania Karski sam nie wiedział, dlaczego ona wybrała jego na swoją sympatię, a później na mężczyznę, z którym będzie mogła spędzić całe życie. Przecież zawsze wokoło niej kręcił się rój przystojniejszych od niego.

    Ile to już jesteśmy razem? 23-24 lata?

W pewnej chwili zadzwonił telefon. Cisza została przerwana.

- Szefie morderstwo w Konstancinie przy ulicy Willowej 42 - powiedziała od niechcenia, tak jakby się nic nie stało Watson.

Watson, to nikt tylko Margarita Ciszewska lat 32, szczupła, wysoka, o wysportowanej sylwetce i gdyby nie jej piękne włosy o mahoniowym odcieniu, zawsze spięte w lekki koczek, można by stwierdzić, że cała jej postać przypomina raczej chłopczycę, niż piękną kobietę. Zawsze ubrana w stare wytarte dżinsy i skórzaną kurtkę.

Przezwisko Watson - przylgnęło do niej już pierwszego dnia pracy. Nazwał ją tak czule komisarz Karski. Pretensjonalnie? Pospolicie? Może, ale i tak już zostało. Margarita wiedziała, co jej szef teraz powie. Dlaczego teraz mogłoby być inaczej? Znała tą śpiewkę nie od dzisiaj. Ona jedyna w komendzie znała słaby punkt swego zwierzchnika. Karski był wielkim pantoflarzem.

- No tak, znowu nie będę na czas na obiad, znowu na mnie będzie czekać chmura gradowa w wykonaniu mojej lepszej połowy- stwierdził po namyśle komisarz.

Margarita w jednej chwili wybuchła sarkastycznym śmiechem.

- Taki kawał chłopa z szefa, a nie może sobie poradzić ze swoją żabusią, ale z szefa pantoflarz - ciągnęła swoje Ciszewska.

- Ha, ha, ha - ale to śmieszne! Już chciałabym widzieć tego nieboraka, twojego przyszłego faceta, który będzie chodzić od samego początku na krótkiej smyczy- odciął się Karski

- Musimy jechać do Konstancina - skończył swój wywód Karski.

Po półtorej godziny jazdy w korkach dojechali do przepięknej miejscowości. Konstancin to ekskluzywna miejscowość położona niedaleko Warszawy. Tu nie mieszkają średnio zamożni obywatele stolicy albo ludzie, którzy gnieżdżą się w zamkniętych gettach osiedlowych ale ludzie biznesu, menedżerowie wielkich korporacji. To miejsce dla nielicznych.

Wszystkie budynki kapały od blichtru, rzucającego się bogactwa już od pierwszego spojrzenia. Wszędzie na około wszystkich posesji, było widać pełno przepięknych, drogocennych drzew i krzewów, sprowadzonych, albo z ameryki południowej lub Skandynawii. Willowa nr. 42 znajdowała się pośrodku ulicy. Przed wejściem do posesji stał zaparkowany wóz policyjny. Na widok ociężale wysiadającego komisarza, policjant wyprostował się jak struna.

- A to ty Dudek - stwierdził Karski, a po namyśle zapytał; - Nasi są w środku? –

- Tak jest, panie komisarzu - powiedział przeciągając wypowiedziane wyrazy. Na widok Karskiego zawsze tracił pewność siebie. Właściwie, kiedy sierżant kończył wypowiadać swoje magiczne słowa Karski i Watson weszli do środku długiego korytarza prowadzącego prostu do salonu. We wnętrzu salonu kręciło się bez celu kilka osób. Wyglądało tak tylko na pozór. Technicy z ekipy śledczej starali się jak najszybciej, najdokładniej wykonać swoją robotę.

Gdy Karski i Watson wchodzili do living-room zauważyli pochyloną sylwetkę Burskiego lekarza patologa, który w tym samym czasie kończył swoją pracę.

- No i co stwierdziłeś mój drogi kolego? - zapytał ironicznie Karski.

- Na pozór nic. Jedno, co stwierdziłem na pewno to, to że facet zmarł na zawał między godziną 10-12., żadnych wybroczyn, wygląda, to na klasyczny zawał. Aha, krótko przed zawałem denat musiał sporo wypić Nic więcej nie mam tutaj do roboty. -

- Z tego wynika, że my też nie mamy tu nic do roboty. - odetchnął Karski - Przecież nic nie stwierdziłeś, jak zrozumiałem, nieboszczyk umarł, dlatego, że za dużo wypił. - Tu pojawił się złośliwy uśmieszek na bladej twarzy patologa.

- O nie! Kochani. Było anonimowe doniesienie o morderstwie. To musicie wy wyjaśnić.

- Do jutra!

- Patrz, oni mają fajną robotę. W ciągu pięciu minut odwalili wszystko i do domu. A my musimy teraz analizować, każdy drobiazg, brać pod uwagę wszystkie możliwe opcje śledztwa. Po prostu szukać igły w stosie siana. - konkludował Karski.

- Kim jest denat? - zapytał komisarz.

- No jak powiem, szef nie uwierzy - odpowiedziała Ciszewska.

- No mów do cholery. Chyba, że chcesz, żebym dostał zawału serca i znalazł się obok denata. Wtedy na pewno będziesz prowadzić pierwsze śledztwo w życiu. Gwarantuję tobie. - ciągnął dalej Karski.

- Ten denat...to Jan Karczewski. Ten słynny arcymistrz szachowy. -  powiedziała Watson. Komisarz aż usiadł z wrażenia.

- No to mamy ładny pasztet. Wyobrażasz sobie, pod jakim będziemy ostrzałem mediów?

Czy to na mnie zawsze muszą spadać najtrudniejsze sprawy. - rzekł po chwili namysłu komisarz.

- Wiem dlaczego? - odpowiedziała jednym tchem.

-No to, odpowiesz mi na to moja mądralo? - zapytał Karski.

- Bo szef jest najlepszym policjantem w kraju - ciągnęła swoje Watson.

-Wiem jedno. Że kobiecy sarkazm i ironia nie zna granic. To stara prawda. - odpowiedział komisarz.

- Dziękuje w imieniu wszystkich kobiet, za tą śmiałą hipotezę - stwierdziła z przekąsem Ciszewska.

Technicy już skończyli swoją robotę. Nic z pobieżnych ich prac nie wynikało. Żadnego manipulowania przy zamku, od drzwi w korytarzu i żadnych śladów prowadzących z salonu na taras. Zabezpieczyli tylko ślady daktyloskopowe, które jeszcze tego samego dnia przekazali do laboratorium.

 - Jutro musisz się dowiedzieć jak najwięcej o naszym mistrzu. Wszystko, co jadł, pił, z kim się spotykał itd., przecież nie muszę tobie powtarzać.

- powiedział zamyślony komisarz.

Sierżant Dudek stojący przed domem, wszedł do korytarza, w którym znajdowali się Karski i Watson.

-Szefie przed momentem przyszła gosposia pani Czerska, która mieszka na ulicy Głowackiego 53. Ona od paru lat prowadzi dom Karczewskich. Ostatnio była wczoraj wieczorem około godziny 19 i miała dziś przyjść do swojego mocodawcy. Ale Karczewski zadzwonił około 10 rano i powiedział, że wczoraj zrobił zakupy i nic nie potrzebuje.

-Jutro tą panią poprosimy do naszej komendy. - stwierdził Karski.

-Szefie przed bramą już są pierwsi dziennikarze -przerwał Dudek. - To było łatwe do przewidzenia -

Kiedy Watson i komisarz wychodzili z posesji dziennikarze otoczyli ich wianuszkiem.

- Panie komisarzu, czy coś wiadomo w tej sprawie. Może tylko kilka słów? - zapytał stojący najbliżej młodzieniec z mikrofonem.

- Chciałbym państwa poprosić o cierpliwość. Na razie nie wiemy nic. Jak tylko coś będziemy wiedzieć to podzielimy się z wami naszymi informacjami, jeżeli nie będą objęte tajemnicą w śledztwie. - powiedział po chwili namysłu Karski. Aha najlepiej wszystkie efekty naszej ciężkiej pracy będzie przekazywać podinspektor Igor Brzeski, nasz rzecznik komendy policji. Wszyscy dobrze wiedzieli, że Brzeski jest bratankiem zastępcy szefa komendy głównej w Warszawie. Karski nigdy nie znosił dwóch typów ludzi; wazeliniarzy i protegowanych.

Następny dzień zaczął się gorzej niż poprzedni. To było łatwe do przewidzenia. Od samego rana rozdzwoniły się telefony. Jak na zawołanie wszyscy chcieli się dowiedzieć, co się stało? Przecież nie codziennie umiera arcymistrz szachowy. Media, aż huczały, od różnych mniej, czy bardziej pikantnych plotek z życia Karczewskiego. O jego bujnym życiu erotycznym, o tajemniczej śmierci jego żony w okolicach Zurichu, o braku więzi jego z synem Svenem. Nikt nie wspominał jego wyników szachowych w Paryżu, Nowym Yorku, czy Monte Carlo. Zresztą nie było to teraz istotne. Tylko mniej, czy bardziej efektowne ekscesy z jego życia, były opisywane przez prasę. Karczewski, nie ukrywał, że kocha kobiety, alkohol i prędką jazdę szybkimi samochodami. W pewien sposób media przyczyniły się do tego, że z początkującego szachisty, stał się człowiekiem wielkiego formatu, o których wybrykach alkoholowych, podbojach miłosnych i hazardzie, rozpisywały się szmatławce.

Dopiero zaczęło się śledztwo, a już media zaczęły podgrzewać sytuację. Nie stwarzało to dobrego klimatu do prowadzenia śledztwa.

Karski podświadomie zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić sobie nawet na mały błąd, że będzie przez cały czas pod obstrzałem mediów, że jeżeli położy to śledztwo, to prasa rozniesie go w pył. Jego nazwisko, będzie powszechnie znane tak, jak nazwiska polityków i aktorów z pierwszych stron gazet. Już zaczęły się pierwsze komentarze. Jak słynny as policji teraz sobie poradzi? Czy on uratuje honor tej czcigodnej policyjnej instytucji?

Komisarz dokańczał swój poranny rytuał, pijąc kawę z filiżanki drobnymi łykami, delektując się tak jakby to był najdroższy trunek.

- No moi drodzy bierzemy się do roboty. Musimy udowodnić tym pismakom, że nasza policja nie jest taka zła, jak to oni nie raz smarowali w swoich zakichanych szmatławcach.

- No Watson, co ciekawego się dowiedziałaś o naszym macho? -

- zapytał komisarz, kierując wzrok w jej kierunku.

- Trochę się uzbierało. Urodził się w Poznaniu 1962 roku. O jego młodzieńczych ekscesach w naszych aktach nic nie ma. W szkole średniej uchodził za wybitnie zdolnego matematyka.

Wygrywał wszystkie olimpiady matematyczno-fizyczne, nawet na szczeblu ogólnokrajowym. W pewnym momencie jego hobby stały się szachy. Już wtedy, niektórzy wróżyli mu karierę Karpowa. W roku 1980 zdaje maturę celująco. Bez żadnych przeszkód dostaje się na Uniwersytet Poznański, na wydział fizyki kwantowej. Studiował u samego profesora Czarnieckiego, który szybko zauważył, że trafił na nie oszlifowany diament. Niestety pod koniec trzeciego roku akademickiego Karczewski został relegowany z uczelni, za liczne burdy i pijaństwa w klubie studenckim. W jednej z nich doszło do ostrej sprzeczki z asystentem donosicielem. Ten z zemsty poinformował dziekana, że Karczewski nazywa rektora i tegoż dziekana karierowiczami i starymi ubekami. Dziekan jakby tyko na to czekał. Na nic pomogły błagania Czarnieckiego u rektora Dąbrowskiego. Rektor był niewzruszony.

W tydzień po tym zajściu opuścił gmach Uniwersytetu na zawsze. Karczewski nie uznawał żadnych autorytetów, oprócz Czarnieckiego. Na krótko imał się różnych zajęć. W 1985 roku poślubił swoją koleżankę ze studiów. Po roku urodził się jego syn. Od 1986 roku nadzieja polskich szachistów zaczyna startować, najpierw w Koln, potem na prestiżowych turniejach w Berlinie, Paryżu i Nowym Yorku. Wygrywa wszystko co jest do wygrania, a wiadomo, że światek szachistów, to światek zamknięty. Ciężko tam się dostać. Po krótkim czasie od pierwszych turniejów zaczynają się pierwsze wybryki naszego "macho". Szybkie pieniądze, sława i piękne kobiety uderzają mu do głowy. Odkrywa w sobie jeszcze jeden nałóg, to hazard. Potrafił wciągu jednej nocy przegrać w kasynie Baden- Baden 100.000 euro. Raz

pobił krupiera. Sprawa została umorzona. Pewnego razu w hotelu Ritzu w Rzymie prawdopodobnie był zamieszany sprawę zgwałcenia kelnerki. Musiała dostać duże pieniądze, bo sprawę wycofała w ostatniej chwili. Jazda po alkoholu, to już była normalką. Ale jego przyjaciel i adwokat Helmut von Graff pochodzący rodem ze Śląska wyciągał go z największych tarapatów. Facet żył faktycznie na największych obrotach, na adrenalinie. W roku 2000 koło Zurichu, na jednej z górskich dróg doszło do tragicznego wypadku. Żona Karczewskiego jadąc z prędkością 190 kilometrów poniosła śmierć na miejscu. Prokuratura szwajcarska prowadziła przez trzy miesiące śledztwo i ustaliła ponad wszelką wątpliwość, że główną przyczyną wypadku była nadmierna szybkość. Wykluczono udział osób trzecich. Od tego momentu Sven nie utrzymuje z Karczewskim żadnych kontaktów i stwierdził w jednym z wywiadów w telewizji RTL, że jego ojciec mógł się bezpośrednio przyczynić do śmierci jego matki, która w ostateczności targnęła  się na życie. Sven od paru lat mieszka w Madrycie i pracuje w jednej z firm komputerowych swego wuja. W czasie, kiedy popełniono zabójstwo, syn Karczewskiego był na sympozjum zorganizowanym przez koncern japoński. W roku 2010 po turnieju w Paryżu zapowiedział, że to był jego ostatni turniej w życiu. Media są zaskoczone. Zapytany przez dziennikarza TVN, Pawła Sobańskiego, jakie ma plany

na przyszłość, odpowiedział, że od dawna marzył o podróży dookoła świata. Kiedy Sobański zadał mu pytanie o relacje z jego z synem, Karczewski wyszedł ze studia bez słowa. To był jego ostatni, jego związek z mediami, kiedy później dziennikarze chcieli się umówić na spotkanie, odpowiadał krótko, że prędzej umówi się z diabłem, niż nimi.

-Właściwie to wszystko- stwierdziła Watson. -Za godzinę powinna przyjść pani Czerska, a jutro przylecieć ma z Madrytu Sven.

-A co z wynikami daktyloskopowymi? - zapytał po chwili milczenia komisarz.

-Są tylko Karczewskiego i Czerskiej, co było łatwe do przewidzenia. Żadnych śladów włamania, żadnych śladów manipulowaniu przy zamku przy wejściu na taras, czy drzwiach frontowych.

Stąd prosty wniosek się nasuwa, ofiara znała mordercę. Pozostaje tylko sprawa motywu. Poza tym dowiedzieliśmy się od sąsiadów, że od dłuższego czasu Karczewski nie utrzymywał z nikim żadnych przyjacielskich stosunków. - stwierdziła Ciszewska.

-Czy są wyniki z autopsji? - spytał Karski. - Cholera jasna, godzina 10, a na moim biurku nie ma raportu. Zaraz zadzwonię do niego. -

Czuł przez skórę, że jeżeli nie ma do tej godziny, choćby pobieżnego raportu, to coś jest na rzeczy. Po krótkiej rozmowie komisarz rzekł do Dudka.

- Rusz dupę, jedziemy natychmiast do prosektorium -

- odrzekł ordynarnie Karski.

- Czy zrozumiałeś - Po godzinie Dudek mijając samochód za samochodem przyjechali do prosektorium w Szpitalu Bielańskim. Piotr Wars.

cdn.

 

 

 

Dół formularza