ptaki pod skórą
trzepoczą skrzydłami
zmartwychwstajesz
do poranka
na palcach bosych stóp
przebiegasz
na czerwonym
ciemne zakamarki ciała
unosisz
światło na rzęsach
unisono
uniesiona
oktawą czystą
jak zapomniana łza
tak banalna że nie warto wspominać
wypominać
świętej naiwności
obudzonych palców
jak one tańczyły na skórze
jak krew zagrała wartka
tu pół nuty tam drugie pół
dwanaście półtonów
w jednym żarliwym strumieniu
konsonans doskonały
aż żal
że koniec pieśni
ptaki spod skóry
unoszą skrzydlate niebo
kilka nagich śmierci
i jedno zmartwychwstanie
z cierniem w serdecznym palcu
niechwalebne bolesne
dwanaście naostrzonych kamieni
w jednym strumieniu gasnącym o poranku
