.
Zawieszona w niebie,
ciężka od niepowiedzianych słów,
rosnę korzeniami do góry.
.
Moje usta zamieniają się w cement,
marmurowe wargi, zimne i milczące,
a w oczach pieklą się gniewne iskry –
przygaszone słońce,
oświetlające strzępy myśli.
.
Inni krążą wokół bez ducha,
szeptem próbują dotknąć,
lecz jestem w burzowym wymiarze,
w labiryncie emocji, gdzie frustracja
zaraża jak wirus.
.
Język staje się kolczastą rośliną,
cierniem wnikającym w serce.
Zamiast rozmowy, szum bezkształtnych dźwięków,
milczenie wrzeszczące na całe gardło.
.
Wewnątrz mnie eksplozje,
wściekłe wulkany i tęsknoty,
wszystko mieszane w zupie
z marzeń i rozczarowań –
a ja tylko stoję,
jak statua w niemym ogrodzie.
.
