Przed laty pracowałem z kolegą Marcinem, człowiekiem niezwykle inteligentnym, który – chociaż był ateistą – lubił dyskutować na temat wiary i słuchać argumentów osoby wierzącej. Często z nim rozmawiałem i spierałem się, uprawiając szermierkę na argumenty, nie na emocje. Kiedy żegnał się z naszym zespołem, odchodząc z pracy, powiedział do mnie:
– Wiesz, byłeś jedną z niewielu osób, z którą mogłem z przyjemnością i rzeczowo porozmawiać, mimo różnic w postrzeganiu życia; zostawmy sobie furtkę kontaktową.
Wspominam z sentymentem nasze ideologiczne spory.
W czasie moich studiów, mój promotor – jeden z najoryginalniejszych naukowców – jakich poznałem – nieżyjący już profesor Bogodar Winid, zwykł mawiać:
– „Z prądem płyną tylko zdechłe ryby”.
Miał na myśli osoby wpisujące się w ówczesne modne trendy w grupowych zachowaniach i ulegające w dyskusji emocjom bez pogłębionych refleksji. Podobnego zwrotu w jednym z wywiadów użył też Zbigniew Herbert, mój poetycki autorytet. Powiedział w nim:
– „Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie. I czy się dopłynie, czy nie dopłynie, kształci to, wyrabia mięśnie”.
Sądzę, że i dzisiaj to się sprawdza. Nie następuje wtedy uwiąd osobowości i kultury życia w grupie.
Z kolei profesor Michał Markowski z Wydziału Polonistyki UJ – w swoim artykule z czerwca 2015 r. w Tygodniku Powszechnym – snuje rozważania na temat: – Jak płynąć pod prąd, by ani śmieciom nie towarzyszyć, ani beznadziejnie nie bić piany ze wzrokiem wpatrzonym w niedostępne idee?
Między innymi pisze: „Coraz łatwiej, niestety, o literaturę pędzącą z nurtem i coraz trudniej o taką, w której objawia się brak ekonomii”, o taką, gdzie sylwetka autora budowana jest dobrym smakiem w uprawianiu działalności publicznej i kulturą języka wypowiedzi.
W ostatnich dniach czuję się zasmucony, żeby nie powiedzieć zgnębiony, faktem zwycięstwa agresywnych emocji nad racjami w dyskursie publicznym. Niestety biorą w tym nieestetycznym rozwichrzeniu językowym udział również ludzie kultury i profesury – pisarze i uniwersyteccy naukowcy, czyli... humaniści (celowo pomijam polityków). I z jakim zabarwieniem zabrzmi okrzyk „Ecce homo”?!
Osobiście nie zgadzam się z usprawiedliwieniem knajackiego języka, twierdzeniem, że jest emocjonalnym wyrazem reakcji na fakty i idee, z którymi autor się głęboko nie zgadza. Poza tym współcześni dziennikarze i działacze kultury, goniąc za tak zwanymi ‘newsami’ i chcąc być ‘postępowymi’ – w fałszywym rozumieniu tego słowa – gromią wyznawców tradycji i stałych wartości etycznych, kierując ich werbalnie do zaścianków i rezerwatów kulturowych. ‘Zaszczytem’ dla nich staje się ośmieszanie poglądów lub obrażanie uczuć inaczej myślących, bez dostrzegania istoty tego problemu. Sami uważają się za zagorzałych zwolenników tolerancji. A co wtedy, gdy takim ułomnym językiem zaczną posługiwać się adwersarze ideologiczni? Co stanie się z debatą publiczną, z wartością współczesnej agory...? Profanum – w usprawiedliwiany sposób – zniszczy sacrum?!
Czytanie i próba pisania wierszy sprawia mi ogromną przyjemność. Podobnie uczestnictwo w działaniach grup i portali poetyckich. Ale zaczynam ciut tęsknić za czasami przedinternetowymi, gdzie spór mógł toczyć się twarzą w twarz i kiedy można było opuścić spotkanie, by do kolejnego wrócić; gdzie – przyjaźnie – falowały emocjonalnie, ale nie erodowały tak jak w dzisiejszym internecie. Często anonimowość sprowadza poziom wypowiedzi do Rowu Mariańskiego.
Ostatnim czasem kiełkuje we mnie myśl o opuszczeniu takiej przestrzeni internetowej, gdzie zaczynam źle się czuć – bez poczucia przynależności do szanującego się poetyckiego grona. Byłaby to pewnego rodzaju ucieczka od utraty smaku. A na stwierdzenie:
– Coś taki niedzisiejszy, przesadnie wrażliwy i stalowy w poglądach? – odpowiem słowami profesora Przełęckiego z „Uciekła mi przepióreczka” Żeromskiego:
– "Bo takie są moje obyczaje".
(publikacja za: https://www.facebook.com/groups/cafepoesis/posts/1056545080703631/ )
.