Profesor Marzecki spojrzał w okno. Pogoda nie rozpieszczała. Ciemne chmury przysłaniały całkowicie niebo, silny wiatr przechylał drzewa bez miłosierdzia, a strugi deszczu malowały szerokie smugi na szkle.
Fatalny pejzaż - pomyślał, unosząc do ust filiżankę parującej herbaty. Napój rozgrzewał go, przyjemne ciepło zaczęło rozlewać się po jego ciele.
Jasny błysk przeciął niebo, rzucając wyraźne cienie. Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. Zaraz po nim do uszu Marzeckiego dotarł przeciągły grzmot. Licząc, że tylko mu się przesłyszało, nie poruszył się.
Natrętny dzwonek rozbrzmiał ponownie. z ciężkim westchnieniem profesor podniósł się z fotela i ruszył w stronę drzwi. Kiedy otworzył, przed progiem ujrzał wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu ociekającego wodą. w jego ciemnych oczach dostrzegł błysk przenikliwości. Nieznajomy od razu zlustrował go od stóp do głów. Wyglądał, jakby chciał się czegoś usilnie dowiedzieć, jeszcze zanim zada jakiekolwiek pytanie.
- Czy mam do czynienia z profesorem Wojciechem Marzeckim?
- Tak, to ja, Akademia sztuk pięknych - odpowiedział rzeczowo Marzecki.
Mężczyzna rozejrzał się po mieszkaniu, przez otwarte drzwi widać było kuchnię i mały salon.
- a kim pan w ogóle jest? - zapytał niechętnie Marzecki. Nie miał w tej chwili chęci na dyskusje z jakimś amatorem sztuki, szczególnie we własnym domu.
- Jestem Marek Suden, pracuję w policji. Naprawdę nie zajmę panu profesorowi długo - rzekł, po czym bez wahania przeszedł przez próg prosto do otwartego salonu i usiadł przy stole. Każdy jego krok zostawiał ślady wielkich buciorów na idealnie czystym parkiecie mieszkania.
Złość buzowała w profesorze, ale postanowił się uspokoić. Na stare lata nabrał nieco ogłady, wszak kiedyś zapewne zrobiłby natrętowi awanturę.
- Czy coś złego zrobiłem? - zapytał Marzecki.
- Skądże, chciałem zapytać pana o pańską magistrantkę - powiedział przybysz, ciągle mając na oku Marzeckiego. - Pani Agnieszka Zalewska, czy wie pan coś o niej?
- Do teraz nie nauczyła się poprawnie cieniować - stwierdził z pobłażaniem. - Dodatkowo mam wrażenie, że to ja piszę jej pracę, a nie… - urwał, widząc wyraz twarzy gościa. - Co się stało?
- Właśnie w tej sprawie przychodzę. Bardzo mi przykro, ale pani Agnieszka nie żyje. Jej ciało znaleziono dziś rano w jej mieszkaniu.
Marzecki popatrzył bez zrozumienia na twarz przybysza, który tak nagle wtargnął do jego mieszkania i zburzył wszelki spokój, który jeszcze przed chwilą odczuwał. Poczuł wszechogarniającą go pustkę. Fakt, dziewczyna popełniała błędy, ale głęboko zżył się z nią przez ostatnie miesiące.
- Co było przyczyną… śmierci? - zapytał, jąkając się przy tym.
- Popełniła samobójstwo.
- Czy wiadomo, dlaczego? - mężczyzna pokręcił głową.
- To właśnie próbujemy ustalić - wstał z krzesła i zaczął się przechadzać po salonie. Profesor westchnął. Burza rozszalała się na dobre. Co chwilę niskie dudnienie grzmotów rozbrzmiewało wśród świstu wiatru i huku uderzających o szybę kropel.
Marzecki milczał, wyraźnie oszołomiony, toteż policjant kontynuował.
- Nie byłoby to nic szczególnie niezwykłego, samobójstwa zdarzają się i zdarzać się będą, jednak w tej sprawie jest coś jeszcze. Okazuje się, że to już szósta osoba, która zakończyła swoje życie w przeciągu ostatnich trzech miesięcy. Wszystkie łączyło zamiłowanie do sztuki. Troje z nich studiowało na pańskim uniwersytecie, jeden był ulicznym artystą, a pozostali pracowali jako konserwatorzy zabytków.
Profesor otrząsnął się nieco z pierwszego szoku i spojrzał bardziej obecnym wzrokiem na swojego rozmówcę. Zastanawiał się, czemu mu to w ogóle opowiadał. Nie znał się w żaden sposób na takich przypadkach ani nie miał nigdy z takowymi do czynienia. Policjant, jakby czytając w myślach Marzeckiego, położył mu dłoń na ramieniu.
- Potrzebuję pańskiej pomocy. Każdy ze zmarłych zostawił list pożegnalny. Każdy z nich wspominał o obrazie, który wstrząsnął nimi tak dogłębnie, że nie byli w stanie dalej żyć z jego wspomnieniem.
- Co proszę? - profesor Marzecki wstał od stołu. - Cóż to za głupoty? Niby jakiś obraz spowodował śmierć sześciu osób, w tym Agnieszki? Co to za obraz?
Suden wzruszył ramionami. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej wydrukowane zdjęcie. Na zdjęciu znajdował się portret mężczyzny o czarnych włosach sięgających do ramion. Delikatne rysy silnie kontrastowały z szaleńczym uśmiechem oraz oczami wypełnionymi krwawymi łzami. Większość rysunku była czarno-biała, tylko do łez użyto intensywnego atramentu.
- Konserwator, który namalował ten portret, użył własnej krwi z przeciętego nadgarstka - dodał policjant ponurym tonem.
Co? - wykrztusił Marzecki.
Zbierało się mu na wymioty. Niczego nie rozumiał, nie wiedział, jaki sens mogło mieć cokolwiek z tego, co właśnie usłyszał. Zakręciło mu się w głowie. Policjant pomógł mu wrócić na fotel. Profesor oddychał przez dłuższą chwilę głęboko, w nadziei, że pozbędzie się z pamięci strasznego widoku.
- a o czym wspominała Agnieszka? - zapytał, czując ogromny ciężar na sercu. - Czy ona… też zrobiła coś podobnego?
Stróż prawa pokręcił głową. Krople spadały wciąż z jego płaszcza na podłogę, ale profesor przestał zwracać na to jakąkolwiek uwagę.
- Mówiła tylko o młodym człowieku o niewyobrażalnym talencie. To on miał stworzyć to niedoścignione dzieło sztuki. Stąd moje pytanie, czy taka osoba uczęszcza do Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta?
Profesor zastanawiał się przez chwilę. Przez myśl przemknęły mu nazwiska studentów z ostatnich lat, których umiejętności szczególnie zapadły mu w pamięć, tych, którzy niedawno rozpoczęli pracę czy jakichkolwiek wyróżniających się jednostek. w końcu zaprzeczył z żalem.
- Rozumiem. Przepraszam, że wciągałem pana profesora w ten nieprzyjemny temat - rzekł ze współczuciem w głosie policjant.
- Panie Suden - powiedział nagle Marzecki. - Czy mógłbym zobaczyć wszystkie te listy pożegnalne?
Mężczyzna zastanowił się nad tą propozycją.
- w zasadzie nie powinienem, obowiązuje nas tajemnica służbowa. z drugiej strony… widzę, jak się pan tym przejął. Zgadzam się, ale proszę nikomu o tym nie mówić. Proszę podać mi maila. Prześlę je jeszcze dzisiaj.
Profesor Marzecki trzęsącymi się dłońmi wyjął z biurka małą karteczkę i napisał swój adres internetowy drobnym, lekko niezgrabnym pismem.
Marek Suden wziął papier i schował go do kieszeni płaszcza. Wstał potem pożegnał się sztywno i wyszedł z mieszkania na ciemny korytarz. Marzecki obserwował, jak jego gość przechodzi przez fale gęstego deszczu, kierując się do czarnego mercedesa. Chwilę potem światła samochodu rozbłysły, silnik ruszył i nic nie świadczyło o wizycie mężczyzny na osiedlu profesora.
Serce waliło mu jak oszalałe. Nie wiedział, co powinien zrobić. Cała ta sytuacja zdawała się Marzeckiemu w jakiś sposób nierealna. Niemożliwe było przecież, żeby ktoś odebrał sobie życie z powodu obrazu, w każdym razie nie, żeby uczyniło tak aż sześć osób. Nie mógł tego tak po prostu zostawić.
Zastanowił się, z kim ostatnio Agnieszka mogła mieć kontakt. Domyślał się, że policja przeszukała już jej dom, ale skoro zwrócili się do niego z tak niekonkretną prośbą, raczej niewiele się dowiedzieli. Myśli jak oszalałe przelatywały mu przez głowę, niemal mógł dostrzec je przed oczami. Pomyślał o mężczyźnie, z którym kobieta niedawno się rozstała. Może i byłby to jakiś kierunek, lecz z drugiej strony wiedział, że on nigdy nie zajmował się rysunkiem. Jakieś przyjaciółki? Czy one coś wiedziały? Nie miał innego śladu, toteż postanowił napisać do trzech, o k
