Nowy film LALKA : recenzja(?) / Paweł Lęcki

Nowy film LALKA : recenzja(?) / Paweł Lęcki

To nie jest recenzja Lalki w reżyserii Macieja Kawalskiego, gdyż nie jestem zawodowym recenzentem. Uwaga! będą SPOILERY (tak, znowu są zmiany). To zbiór luźnych przemyśleń i odczuć. Absolutnie żadna prawda objawiona. W odczuciach nie mogę się mylić, bo są przecież moje, autentyczne, ale w ocenie filmu jak najbardziej mogę popełnić błąd. Warto też pamiętać, że jestem fanem serialu na Netfliksie, co najprawdopodobniej wpływa na moje postrzeganie filmu - jestem tego świadomy i trzeba to brać pod uwagę. Być może gdybym najpierw obejrzał dzieło Kawalskiego, to byłoby inaczej. Nie będę za każdym razem dodawał frazy: MOIM ZDANIEM. Zamieszczam ją więc dwa razy - na początku i na końcu. 

Serial na Netfliksie był o czymś, filmowa Lalka jest o niczym. To była druga myśl, którą miałem po seansie. Pierwsza brzmiała: dawno się tak nie wynudziłem oglądając film. Trzecia: co teraz? Jak napisać, jak przyznać się, że film okrzyknięty przez wielu arcydziełem, najzwyczajniej w świecie mi się nie podobał? Przecież to abominacja, skandal w najczystszej postaci. 

Złośliwie można powiedzieć, że film jest przede wszystkim ekranizacją twarzy Marcina Dorocińskiego. Liczba najazdów kamery na fizys głównego bohatera zakrawa na absurd. Na dodatek mamy w zasadzie dwie twarze: groteskowo radosną i chrystusowo zbolałą. Czasami pojawia się coś pomiędzy. To wspaniały aktor, ale nie ma czego grać, gdyż Wokulski to niedojda z dziwną fiksacją na punkcie kobiety, która na dodatek nie istnieje, gdyż Kamila Urzędowska nie potrafi wnieść w tę postać żadnej masy mięśniowej emocji, nie wypełnia jej realnym człowieczeństwem. Tomasz Schuchardt i Sandra Drzymalska to zupełnie inna liga relacji, chemii na ekranie. Być może to po prostu kwestia reżyserii i przyjętych założeń. Postaci w serialu żyją, a w filmie - po prostu są uzupełnieniem bardzo ciemnych przestrzeni (Warszawa nie gra żadnej większej roli, mogłaby być każdym innym miastem) i stockowych ujęć pięknej przyrody. 

Rzecki w wykonaniu Marka Kondrata nie wnosi żadnej nowej jakości. Po prostu jest. Oczywiście, znowu sporo starszy od Wokulskiego. Znika Marianna, ale za to pojawia się Bolesław Prus, choć to bardzo biedny autotematyzm, na poziomie całkiem niezłego przedstawienia szkolnego. W przypadku produkcji za miliony złotych oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Lot balonem to kicz w stanie czystym, sceny rozmów między Wokulskim i Izabelą to natężenie kiczu - nie przeszkadzałoby mi to, gdyż lubię kicz, wręcz uwielbiam, gdyby to czemuś służyło. I gdyby nie uczyniono z tego zarzutów wobec serialu, a jakoś w filmie to raptem nie przeszkadza tym samym ludziom. 

Kinowa Lalka to bardziej katalog scen, antologia wydarzeń do odhaczenia, niż spójna, angażująca opowieść. Skaczemy od do, musimy wierzyć na słowo, że ludzie tak się zachowują i takie są konsekwencje ich działań. Najlepsze momenty filmu to te, gdy przestaje być pomnikiem, schodzi na ziemię, bawi się sam sobą i współczesnością. Bywa chwilami bardzo zabawny, co zresztą zgadza się z powieścią, bo przecież Prus wykazywał się wspaniałym zmysłem ironii i znakomitym poczuciem humoru. Gdyby całość poszła w tę stronę... - myślę, że wystarczyła odrobina odwagi, żeby uczynić z tego filmu coś o wiele lepszego, bez konieczności takiej modyfikacji jak w serialu Netfliksa. 

O pani Meliton mógłby powstać osobny film. Agata Kulesza daje najprawdopodobniej najlepszą kreację - to czysta przyjemność na nią patrzeć. To zresztą też duża zmiana w stosunku do powieści, bo w filmie staje się w zasadzie jedną z głównych bohaterek. Maria Dębska jako Kazimiera Wąsowska jest magnetyzująca. To zresztą bardzo przeszkadza, bo nijak nie można pojąć, o co chodzi z tą Izabelą? Sceny Wokulski - Wąsowska to właśnie ten rodzaj aktorskiej chemii, autentycznych emocji, który chciałoby się oglądać cały czas. Krystyna Janda jako hrabina Karolowa jest ciekawa, gdyż próbuje zbudować postać, która kiedyś mała marzenia, ale jej przeszło. Maja Komorowska, czyli Prezesowa Zasławska również dokłada ludzką dynamikę. Reszta znakomitych polskich aktorów - po prostu jest. Plejada gwiazd nie wnosi jakiejś szczególnej wartości dodanej. 

W musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni zawsze czekałem na końcową scenę, gdy Wokulski próbuje odebrać sobie życie. To wyjątkowo emocjonalny moment, który kończy się najlepszą piosenką w całym przedstawieniu. W przypadku filmu nie odczuwałem żadnych emocji - ot, po prostu kolejna scena ze scenariusza, która musiała się wydarzyć, żeby zaliczyć egzamin. Jest mi tak naprawdę przykro, odczuwam smutek, bo zakładałem, że będę zachwycony, gdyż uwielbiam Lalkę jako powieść, nawet napisałem, że przyjmę ją w każdej możliwej formie. Okazuje się, że się myliłem - gdy ekranizację sprowadzimy do zaliczenia pracy dyplomowej, to nie mamy autentycznego dzieła artystycznego - mamy produkt. Śliczną, bardzo długą reklamę Aparatu, w której nie ma tak naprawdę nic. Muzyki w filmie też praktycznie nie ma, to znaczy jest, ale równie dobrze mogłaby być jakaś inna ilustracyjna, jak w windzie.

Najbardziej zastanawia mnie jedno. Zarówno w filmie, jak i serialu - Rzecki nie umiera. To jest oczywiście w pewnym sensie rozwiązanie wierne powieści, swoista ekranizacja horacjańskiej frazy: non omnis moriar. Jednocześnie w serialu było to po coś - można było z tym dyskutować, nawet się pokłócić, w filmie: ot, zwykła sprawa, bez żadnych konsekwencji interpretacyjnych. Z kolei w Teatrze Muzycznym w Gdyni scena śmierci Rzeckiego jest jednym z najbardziej wstrząsających momentów. 

To chyba jest dla mnie największy problem. Nawet jak ktoś bardzo nie polubił serialu, odrzuciło go, to było o czym debatować. W przypadku filmu: jak debatuje się z laurką i tapetami do Windowsa? Patrzyłem na wszystko z rosnącą obojętnością. Do scen w serialu wracam, będę go oglądał w całości, do filmu nie wrócę, nie będę go oglądał na Boże Narodzenie, na Wielkanoc, bo zdradził mi wszystkie nieliczne tajemnice. Twórcy wykorzystali najgorsze wyjaśnienie otwartego zakończenia powieści Prusa: Izabela idzie do klasztoru, a Wokulski wysadza się w ruinach. Szkolny banał, który stanie się podstawą kolejnych błędów na maturze, o które tak martwili się krytycy serialu. To oczywiście nie jest absurdalny błąd kardynalny. Moim zdaniem - klamra kompozycyjna - największym błędem filmu jest brak autentycznych emocji. Postaci są na ekranie, snują się, odgrywają role jak w kiepskim teatrze świata i to wszystko. To jest bardziej ekranizacja opracowania lektury, streszczenia, a nie powieści. Serial - choć absolutnie rozumiem, że można odbić się od konwencji - ożywił arcydzieło Prusa, film - po prostu je zakonserwował jak mumię. O ile wiem, po co powstał serial, to nie wiem, po co powstał film. Jest jak ten powtarzany do znudzenia latający metal - nie istnieje tak naprawdę. Jest złudzeniem. Serial łapie za twarz ducha powieści, film jest kserówką robioną na szybko, gdy nauczyciel musi iść na zastępstwo. To wszystko. 

Bardzo mi przykro, że tak myślę, że tak czuję. Najlepiej oczywiście przekonać się samemu, gdyż może się okazać, że piszę same głupoty. 

Nikt mi nie zapłacił: ani za wcześniejsze pisanie o serialu, ani teraz o filmie. Nie jestem ambasadorem niczego ani nikogo, poza samym sobą.

 

(publikacja za: https://www.facebook.com/pawel.lecki79 )