Michał Gulczyński wymyka się prostackim etykietom. Choć przeciwnicy chętnie widzieliby w nim kolejnego internetowego krzykacza z mrocznych zakątków „manosfery”, naukowiec związany z Uniwersytetem Bocconi wybiera zupełnie inny oręż. Zamiast emocjonalnych tyrad, serwuje rygorystyczną analizę danych i chłodny zapis w arkuszu kalkulacyjnym. Jego książka „Mężczyźni. O nierówności płci” oraz aktywne zaangażowanie w Kongres Mężczyzn wywołały w polskiej debacie publicznej wstrząs, który obnażył bezradność tradycyjnej lewicy w starciu z twardą statystyką. Gulczyński przeniósł dyskusję o dyskryminacji z poziomu anegdot i ideologicznych haseł na grunt merytorycznych faktów, z którymi trudno polemizować bez uciekania się do desperackich wycieczek osobistych.
Fundamentem jego strategii jest zdarcie zasłony milczenia z polskiej asymetrii – rzeczywistości, w której płeć drastycznie skraca życie i ogranicza perspektywy. Dane Głównego Urzędu Statystycznego za 2024 rok rysują brutalny obraz: przeciętny Polak odchodzi z tego świata o ponad siedem lat wcześniej niż Polka. Na prowincji ta przepaść pogłębia się do poziomu 7,5 roku. Gulczyński celnie wypunktowuje salonową hipokryzję: podczas gdy debaty o kilkuprocentowej luce płacowej potrafią paraliżować media na całe tygodnie, dziesięcioprocentowa luka w długości życia pozostaje niemal przezroczysta. Jeszcze mroczniejszy cień rzuca statystyka samobójstw. W Polsce aż 85% osób odbierających sobie życie to mężczyźni. Stosunek 6,3:1 na ich niekorzyść, przy światowej średniej wynoszącej 2,2:1, każe badaczowi postawić bolesną diagnozę o istnieniu specyficznych, lokalnych uwarunkowań, które czynią z naszego kraju swoistą matnię dla mężczyzn.
Badacz skutecznie dekonstruuje także zakurzony mit o edukacyjnej dominacji panów. Rzeczywistość przeczy powszechnemu przekonaniu: to kobiety są dziś w Polsce znacznie lepiej wykształconą płcią. W pokoleniu 25–34-latków dyplom uczelni wyższej posiada co druga kobieta i zaledwie co trzeci mężczyzna. Gulczyński alarmuje o zjawisku „odwróconej luki”. Podczas gdy państwowe programy z pasją zachęcają dziewczęta do podbijania świata STEM (technologii i inżynierii), nikt nie dostrzega dramatycznego drenażu mężczyzn z sektora HEAL – czyli ochrony zdrowia, edukacji i administracji. Gdy w zawodach nauczycielskich czy pielęgniarskich udział mężczyzn oscyluje wokół symbolicznych 20%, młodzi chłopcy tracą naturalne wzorce już na starcie swojej drogi. Co więcej, obecny system oceniania w szkołach promuje cechy statystycznie bliższe dziewczętom, co sprawia, że wielu chłopców „wypada z zakrętu” edukacyjnego jeszcze przed maturą.
Skąd więc bierze się tak silny, niemal instynktowny opór wobec tych postulatów? Gulczyński wskazuje na istnienie tzw. „nomenklatury równości” – grupy etatowych działaczy i ekspertów, których pozycja zawodowa oraz dotacje zależą od podtrzymywania narracji, w której jedyną ofiarą systemu jest kobieta. Dla tego środowiska pojawienie się niezależnego analityka z doktoratem prestiżowej uczelni stanowi zagrożenie egzystencjalne. Równość traktują oni jako grę o sumie zerowej: uważają, że każda racja przyznana mężczyznom automatycznie zabiera zasoby kobietom. W efekcie polska lewica, zamiast dążyć do autentycznej inkluzywności, pielęgnuje anachroniczny stereotyp mężczyzny jako wiecznie silnego sprawcy, który nie ma prawa do statusu ofiary. Gulczyński punktuje tę „asymetrię empatii”. Gdy dziewczyna omija politechnikę, mówi się o barierach systemowych; gdy chłopak nie radzi sobie w szkolnych murach, trafia do ciężkiej pracy fizycznej i nierzadko ginie w wypadku (mężczyźni to niemal 100% ofiar śmiertelnych w pracy), uznaje się to za jego „indywidualny wybór” lub efekt mitycznej „toksycznej męskości”.
Naukowiec nie boi się również konfrontacji z manipulacjami dotyczącymi przemocy. Podczas gdy środowiska progresywne często szafują liczbą 500 kobiet ginących rocznie z rąk partnerów, Gulczyński, opierając się na analizach policyjnych, wykazuje, że to figura retoryczna pozbawiona oparcia w twardych danych. Statystyki kryminalne są precyzyjne: w 2021 roku odnotowano 79 żeńskich ofiar zabójstw, podczas gdy ogólna liczba morderstw w Polsce oscyluje wokół 500-600 rocznie – i to mężczyźni stanowią ich większość. Badacz domaga się elementarnej uczciwości w debacie. Przemoc wobec kobiet jest tragedią, ale używanie zawyżonych liczb do marginalizacji problemów drugiej strony – takich jak dyskryminacja w sądach rodzinnych czy bolesna alienacja rodzicielska – niszczy fundamenty publicznego zaufania.
Opór wobec jego pracy przybiera czasem formy ocierające się o groteskę. Przykładem jest postawa Jakuba Śmieji, który zamiast stanąć do merytorycznego pojedynku, próbował zdezawuować książkę Gulczyńskiego za pomocą ideologicznego „bingo”, rzucając hasłami o faszyzmie i cyfrowych oligarchach. Czytelnicy błyskawicznie jednak zweryfikowali tę postawę, nazywając recenzenta „kelnerem na Titanicu” – postacią kurczowo trzymającą się tonącego statku starej ideologii. Z drugiej strony pojawiają się jednak głosy rozsądku, jak Łukasz Michnik z Nowej Lewicy. Jako jeden z nielicznych polityków tej formacji zdecydował się on na autentyczny dialog podczas Kongresu Mężczyzn, mimo fali krytyki ze strony własnego, partyjnego zaplecza.
Michał Gulczyński udowodnił, że ruch na rzecz praw mężczyzn w Polsce dojrzał i okrzepł. Przeszedł przez bolesną fazę ignorowania oraz wyśmiewania, a obecna fala otwartej wrogości ze strony starych elit jest jedynie dowodem na jego rosnącą siłę rażenia. Postulaty dotyczące zrównania wieku emerytalnego, realnego wsparcia zdrowia psychicznego chłopców czy reformy prawa rodzinnego przestały być traktowane jako egzotyczna ciekawostka. Dzięki naukowej rzetelności Gulczyńskiego, droga do polityki równościowej, która nie wyklucza połowy społeczeństwa, została trwale wytyczona. Zwycięstwo, rozumiane jako wprowadzenie tych problemów do głównego nurtu działań państwa, wydaje się już tylko kwestią czasu.