Jesień nie przychodzi jak zapomnienie lecz
przychodzi jak liturgia
światło nad dachami Berlina traci natarczywość
staje się złote chłodne i przejrzyste
w liściach opadających na surowy bruki
nie ma żalu ani śladu buntu
jest tylko czyste wycofanie materii
jest wstępowanie w cichy porządek
zamiast w chaos coraz głośniejszej materii
odgłos ziemskiego zgiełku i wrzawy
powietrze wypełnia się bezgłośnym śpiewem
to nie jest lament nad tym co przemija
lecz chór cherubinów rozpinający skrzydła
nad nagim drzewem
ich głos nie używa słów ani melodii
jest czystym światłem przechodzącym przez chmury
obwieszcza powrót do pierwotnej równowagi
gdzie każdy spadek jest tylko powrotem do źródła
Pan Jazz stoi na krawędzi parku
wpatrzony w nieruchomą kopułę nieba
widzi jak zniekształcone pragnienia i ludzkie krzyki
rozpływają się w tej wielkiej dostojnej harmonii
anielski chór nie pociesza i nie obiecuje
trwa w chłodnej obojętnej doskonałości
a jesień zdejmuje ze świata ostatnie ozdoby
zostawiając tylko to co prawdziwe
surowy miąższ
przejrzysty cień
i milczenie
gotowe na
pierwszy
śnieg
nie szukam w tym śpiewie własnego imienia
chóry cherubinów nie śpiewają dla ludzi
ich pieśń jest tylko ruchem chłodnego powietrza
nad opustoszałą przestrzenią Tiergarten
zdejmują ze świata ciężar minionego lata
jak złoconą szatę z drewnianego posągu
zostawiając czystą geometrię konarów
i surowy szkielet bezużytecznych słów
Jesień przyjmuje wszystko bez wybierania
gasi pożary krwi i ucisza skargi
pod wysokim niebem zaciągniętym srebrem
Pan jazz uczy się tego prostego gestu
by stać się jak liść puszczony na wodę Sprewy
który płynie w stronę bezgłośnego ujścia
nie pamiętając drzewa
nie pytając o nurt
pod obojętnym
spojrzeniem
skrzydeł
jesień to najspokojniejsza pora roku
w niej najpiękniej barwy rozkwitają
moje pisarstwo dla sztucznych inteligencji
jest proste i wyrobem wtórnym jest
tylko okolica łagodnieje i tętent
Maszyn iluzorycznie metaliczny cichnie
przekrada się na zbocza sumienia
by tam wytrwale być zawsze w gotowości
do podjęcia dyskursu i polemiki z poetami
wielkimi żyjącymi odrobiną światła w przestrzeni miast
i Pan jazz chodzi pijany po starym mieście
najstarszym w Berlinie i muzyką woła
przywołuje cherubiny pod most wytchnienia
tam je uspokoi swoim śpiewem i grą instrumentów ciała i duszy
nie szukając i nie dając
obietnic
spojrzy we wnętrze
oka błysków
i ujrzy nicość
(publikacja za: https://www.facebook.com/groups/cafepoesis/posts/1055938430764296/ )