Miesięcznik Społeczno-Kulturalny KREATYWNI (dawniej Mutuus) ISSN: 2564-9583
pozytywni-kreatywni-solidarni | positive-creative-solidarity |позитивная-творческая-солидарность 

Ten wiatr... [w:] Oliwia Wachna: Dziennik stajenny [fragment]

21.10

 

            Wieje. I to nie jest tak, że wieje tak, jak powinno wiać. Goni ze dwadzieścia metrów na sekundę. I liście, wszędzie liście. Liście na podjeździe, liście przed wejściem do stajni, liście w siodlarni, liście w toalecie, w boksach liście, liście... kolorowe, szeleszczące; piękne, ale nie wtedy, kiedy musisz je sprzątać. Głupiego robota, co pozamiatasz, to wiatr przyniesie nowe. Uwielbiam.

            Akurat dzisiaj dorywczo przyjechał Daniel, więc mieliśmy dodatkową parę rąk do pomocy. Postanowiliśmy wcześniej ściągnąć konie do stajni na obiad. Właściciele zaczęli zresztą dzwonić z prośbami o schowanie zwierzaków, to co było robić. Chmury ciekały jak głupie po ciemnym niebie. Spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed ulewą. Wiatr sypał nam piaskiem w twarze. Odpięliśmy taśmy przy wejściu na padok i zaczęliśmy łapać wierzchowce. Pan Marcin szedł przodem z Lotnym i Śnieżaną, Daniel z Erim za nimi, a pochód zamykałam ja z Avansem. W przypadku sytuacji stresowych zasada jest prosta: nie panikować. Każdy koniarz to powie. Czy działa? Oczywiście, nie zawsze. Tym razem Lotny olał spokój pana Marcina. Na zakręcie przy wyjściu z padoku wałach szarpnął się do tyłu. Eri i Avans aż podskoczyli. Stajenny upadł na ziemię. a Lotny zarżał i pognał galopem przed siebie. 

            – Żyjesz? – zawołał Daniel.

            – Tak, wystraszył się. Poleciał do stajni! – pan Marcin wstał i uspokoił klacz. Mimo upadku nie pozwolił jej się wyrwać. Lotny prawie wciągnął go pod kopyta.

            – Zaczekajmy chwilę, niech Marcin przejdzie ze Śnieżaną – zaproponował Daniel. Zakręcił się w miejscu z Erim, delikatnie poklepał wałacha i skierował się z nim na ścieżkę. Wiatr wiał coraz mocniej. Drzewa bujały się nie gorzej niż stali weselni bywalcy. Skrzypiały niemiłosiernie. No i się stało. Suchy pień walnął z hukiem na ścieżkę. Idealnie przed nami. Daniel ledwo utrzymał tańczącego Eri. Wypuściłam Avansa z rąk. Uskoczyłam na bok, prosto na metalową siatkę. Avans chciał uciec, ale z każdej strony miał szumiące drzewa. Za bardzo się bał. Stanął w miejscu i przebierał kopytami.

            – Złap go. Jest przerażony. Odezwij się, podejdź do niego.

            Nie chciałam oberwać od spłoszonego konia. Daniel pierwszy go zawołał. Wyciągnęłam rękę przed siebie i zaczęłam iść w stronę Avansa. Miał szeroko otwarte oczy, ale pozwolił mi się zbliżyć.

            – No już, dobry koń...

            Pogłaskałam go po szyi. Spocił się. Chyba tylko konie pocą się ze strachu jak ludzie. Złapałam uwiąz z powrotem, tylko krócej. Dłonie mi się trzęsły. Zacisnęłam pięści. Pociągnęłam Avansa naprzód. Daniel już przechodził z Erim nad leżącą kłodą. Nagle odwrócił się i krzyknął przez ramię:

            – Nie zatrzymuj się! Idź normalnie, jakby nic się nie stało!

            Wzięłam głęboki oddech. Maksymalnie zapanować nad głosem. Nie uspokajać przesadnie, nie wywierać zbyt dużej presji. Zachowywać się naturalnie. Iść pewnym krokiem, iść pewnym krokiem...

            Kolejne drzewo obok głośno zaskrzypiało. Avans cały się wzdrygnął. Już poderwał głowę do góry, ale szarpnęłam uwiąz w dół i pociągnęłam konia do przodu. Zdecydowany gest przywrócił go do porządku. Przekładał nogi nad kłodą, jedna za drugą. Był spięty. Cały czas nerwowo parskał. Pochwaliłam go. Weszliśmy na podwórko. Już niedaleko do stajni. Dopiero w boksie poczułam, że moje mięśnie zaczynają się boleśnie rozluźniać. I dopiero w boksie zauważyłam, że jest mi gorąco. Dawno się tak nie zgrzałam przy sprowadzaniu koni z łąki; Daniel tak samo. Lotny stał już u siebie. Upewniliśmy się, że pan Marcin wyszedł z tego cało i opowiedzieliśmy szefowi, co zaszło. „Zdarza się” – nawet nie był zaskoczony.

            Ochłonęliśmy trochę i podaliśmy koniom obiad. Potem mogliśmy jeździć do woli. Przygotowaliśmy halę, ustawiliśmy drążki i jedną kopertę, na spokojnie, bez szaleństw. Daniel ostatni raz widział mnie w siodle przed zawodami, jeszcze końcem września. Powiedział, że widać postępy w porównaniu z tym, co było na samym początku. Zawsze to jakieś dobre słowo na przyszłość. Po skromnym treningu zostaliśmy z Dziadkiem sami. Właśnie kończyliśmy stępować, kiedy drzwi się otworzyły i na halę wszedł szef.

            – Ale masz ładnego konia!

            – Na lepszego mnie nie stać.

            Pochwaliłam się, że usłyszałam komplement dotyczący sposobu jazdy, a jakże.

            – Jeździsz codziennie, to jest progres, a co ma nie być? Mówiłem ci, jakie są trzy sposoby na naukę jazdy konnej... po pierwsze: jeździć. Po drugie: jeździć. a po trzecie: jeździć. I nie ma inaczej! Szykuj się, za miesiąc kolejne zawody. Żebyś Dziadkowi wstydu nie przyniosła.

 

 

Powyższy tekst stanowi wytwór wyobraźni. Wszelkie podobieństwo do realnych wydarzeń lub osób jest przypadkowe, w tym również ewentualna zbieżność imion ludzi i zwierząt.

 

Autorką ilustracji jest Katarzyna Żeglicka.
 
  1. https://www.facebook.com/KatarzynaZeglickaART/

  2. https://www.instagram.com/x_kirrin/?utm_medium=copy_link

 

 

Licencja Creative CommonsTen utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe.
Free Joomla! templates by AgeThemes | Documentation