Miesięcznik Społeczno-Kulturalny KREATYWNI (dawniej Mutuus) ISSN: 2564-9583
pozytywni-kreatywni-solidarni | positive-creative-solidarity |позитивная-творческая-солидарность 

najczęściej czytane w numerze: 

(UWAGA! Poniższe dane nie są jednoznaczne,  dlatego specjalnie wyświetlamy datę publikacji. Data publikacji ma znaczący wpływ na ilość odsłon każdej pozycji. Poszczególne pozycje publikowane są w różnych dniach danego miesiąca i tym samym starsze mają szansę mieć większą ilość wejść. Po zamknięciu numeru z biegiem czasu różnice te będą coraz mniej znaczące,  ale ranking odsłon nigdy w pełni zrównoważony)

Liny / Natalia Grudzień

 

    Odkąd pamiętam, gruby sznur o orzechowej barwie zawsze towarzyszył mojej osobie. Kiedy byłam mniejsza, wydawało mi się to oczywiste. Wszystkie dzieci posiadały podobną linę. Nie zastanawiałam się więc wtedy zbyt głęboko, do czego ona służy. Wiedziałam tylko, że zakłada się ją  dzieciom już od najwcześniejszych lat i w zależności od rodziców ściska się ją w wybranym przez siebie miejscu. Jedni związują ją mocniej, a inni słabiej. Moi rodzice postanowili przyczepić sznur do pleców. Nie wiem jednak, czy było to mocne zaciśnięcie. Często bolał mnie kręgosłup, jednak czy to świadczyło o silnym przywiązaniu? Niekiedy w ukryciu przesuwałam ten sznur, a wtedy pozostawało tylko mocne wgniecenie na skórze o kolorze niedojrzałej czereśni. Nie mogłam się jednak skarżyć. „Inne dzieci mają gorzej” - ciągle powtarzali mi to rodzice. Pogodziłam się więc z tym i zaczęłam żyć w taki sposób, nie wiedząc jeszcze, co to wszystko oznacza.

    Kiedy nauczyłam się już chodzić, mówić i czytać, rodzice postanowili wysłać mnie do szkoły. Nie wiedziałam zbytnio, co o tym myśleć. Nie miałam jednak zbyt dużo do mówienia, był to po prostu mój obowiązek. Nie myślałam nawet wtedy, jak wiele będzie to mogło zmienić w moim życiu. Nagle nieużywane dotąd sznurki na moich plecach zaczęły być do czegoś zdatne.

     Moja mama, odprowadzając mnie do szkoły, złapała usilnie za liny. Dzień wcześniej specjalnie zrobiła dziurę w malinowej sukience od tyłu, aby można było mnie dobrze złapać. To bolało. Był to niezmiernie silny ból narastający aż do czubka głowy.

 – Dlaczego to robisz? – zapytałam, nie rozumiejąc jej zachowania.

 – Zaczynasz powoli dojrzewać i my dorośli musimy wskazać ci ścieżkę, abyś wyrosła na grzeczną, mądrą damę.

 – Tylko że to mnie uciska... – mówiłam do niej z nutą cierpienia. Chciałam, aby choć trochę się zlitowała i zobaczyła, że to zadaje mi cierpienie.

 – Inni mają gorzej, wierz mi... – powiedziała znów to irytujące zdanie. Miałam go dość. Czy rany na sercu da się mierzyć wielkością bólu?

    Odkąd wyszłyśmy z domu, mama kierowała mną za pomocą lin. Na początku łzy spływały mi po policzku z bólu. Myślałam, że nie dam rady. Jednak po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do tego i szłam posłusznie, milcząc całą drogę. Kiedy zobaczyłam budynek szkoły, całkiem mi się podobał. Z zewnątrz wyglądał trochę jak Hogwart. Nie uczono tam jednak magii, co trochę mnie przytłoczyło. Nie było to jednak najważniejsze. Bowiem kiedy już odprowadzono mnie do drzwi, to moje sznurki przejęła pani o łagodnym spojrzeniu i złocistych włosach upiętych w kok. Wyglądała na dość miłą, jednak też nie odpuściła mi tej trzymanki. I tak z rąk do rąk: lekarze, kasjerzy, babcia, wujek, dziadek, czy też sąsiedzi kierowali mną od najmłodszych lat. 

    Pamiętam, że mama zabrała mnie kiedyś na spacer. Patrzyłam się wtedy na brzozy, których pień wydawał się być wyjątkowy wśród innych, róże, co swoją szkarłatną barwą przyciągały mój wzrok,  a także na pąki powoli rozkwitające na gałęziach drzew. Nie trwało to jednak długo. Mama krzyknęła na mnie:

 –  Co za rozkojarzona dziewczyna! Mówię do ciebie już kilka razy. Idziemy do muzeum, a nie oglądać park. Nie powinnaś tu przebywać. Następnym razem pójdziemy inną drogą...

    Nie chciałam się wtedy odzywać. Faktycznie poszłyśmy do muzeum, a mama kazała mi uważnie słuchać pana w okularach i dużym zaroście, a także patrzeć z ciekawością na eksponaty, które jej się podobają. Wróciłyśmy drogą pokrytą chodnikiem, a obok niego znajdowała się jezdnia. Przejeżdżały po niej tylko samochody. Poza tym była tam tylko pustka. 

            Z kolei kiedyś zostałam odprowadzona do babci, gdyż mama nie mogła mnie z nikim zostawić w domu. Cieszyłam się, gdyż wiedziałam, że u babci znajdowało się dużo książek. W moim domu nie było żadnych. Stał tylko wielki telewizor, w których codziennie były włączone wiadomości. Tata kazał mi je oglądać ze sobą, abym była inteligentną i obeznaną politycznie osobą. Miał jednak swoje poglądy, z którymi ja musiałam się zgadzać i myśleć w ten sam sposób.

 – Jesteś jeszcze dzieckiem, co ty możesz wiedzieć? – mówił, kiedy próbowałam coś powiedzieć. Musiało być po jego myśli i koniec... Wracając jednak do babci, pozwoliła mi czytać. Okazało się jednak, że nie mogę poznawać wszystkich powieści. Wybrałam z jej półki fantastykę. Jednak gdy tylko zauważyła ją w moich dłoniach, automatycznie wyrwała mi ją z rąk.

 –  Powinnaś czytać książki naukowe. To nie jest dla ciebie. – Mówiła poważnym tonem, a następnie podała mi wielką księgę zatytułowaną: „Encyklopedia historii”. Potem usiadła obok mnie w fotelu i czytała tę książkę ze mną przez cały mój pobyt u niej.

            Kiedy wróciłam z mamą do domu, myślałam o tym, jak to jest wyjść gdzieś z kolegami, jak to jest podejmować decyzję samemu, móc rysować to, co się podoba, móc czytać, to co chcę i biegać. Powoli oddalałam się od moich bliskich. Byłam im posłuszna, jednak w sercu chciałam odmienić ten świat. Nikt jednak mnie nie rozumiał. Nie mogłam powiedzieć o tym moim koleżankom, bo każdy nas podsłuchiwał. Mogłyśmy rozmawiać tylko o rzeczach „poważnych”. Nawet nasz wygląd musiał być odpowiedni do gustu naszych rodzicieli. Moja mama kochała sukienki i spinki, których ja tak bardzo nie cierpiałam. Nosiłam je jednak, nie sprzeciwiając się.

            Jednak kiedy trochę dojrzałam, zrozumiałam, że liny na moich plecach można przecież łatwo oderwać. Tylko gdzie wtedy mogłabym pójść? Kolejne dni zdawały się być takie same, a ja utknęłam  w czarnej otchłani niemocy. Pragnęłam tylko jednego i taki też obmyśliłam sobie cel. Będąc w szkole, zapytałam mojej „opiekunki”:

 – Czy mogę wyjść do toalety?

 – Dobrze, ale szybko – odpowiedziała, odprowadzając mnie do łazienki. Weszłam do środka, zamykając drzwi, choć nadal trzymała moją linę.

Jednak ja miałam w kieszeni dodatkowy słup, który przywiązałam do rogu, uściślając do mojego sznurka przyczepionego do pleców. Szybko rozplątałam ten prawdziwy i nareszcie poczułam wolność. Nie mogłam jednak zbyt długo się tym ekscytować. Obok mnie znajdowało się tylko małe okno, przez które szybko się przecisnęłam, upadając na ziemię. Wtedy szybko pobiegłam, a nikt nie zdołał mnie zauważyć. Poczułam wiatr we włosach i szczęście, o jakim zawsze tylko marzyłam. Nade mną unosiła się woń lasu. Słyszałam także śpiew dzikich ptaków, co rozweselił me serce. Widziałam też ich skrzydła rozpostarte na niebie. Przez chwilę chciałam być nimi, choć tak naprawdę stawałam się dopiero wtedy człowiekiem...

popularne_nr25

Free Joomla! templates by AgeThemes | Documentation