Kochankowie Bezksiężycowych Nocy / Dominika DodoDan Danieluk

Drukuj

Księżyc. Każdy z nas patrzy na niego prawie każdej nocy. Piękno i moc jakie w sobie skrywa zrozumieć mogą tylko nieliczni, a jeszcze mniej osób może zobaczyć jego samotność. Tylko wybrani mogą zrozumieć jego samotność. 

Tylko jedna osoba mogła ukoić samotność boga księżyca Chorsa. Kobieta, którą ujrzał pewnej nocy i pokochał całym serce. Kobieta, która zrozumiała jego, ale zapłaciła za to wielką cenę. 

Chors - bóg, który od początku był skazany na samotność, pewnego dnia postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pustka, którą czuł w swoim sercu stawała się zbyt przytłaczająca. Wszystko pogarszał widok ludzi czy bogów, którzy znaleźli dla siebie tę ważną osobę. Kogoś kogo mogą nazwać kochankiem. Dzielić się z nim bądź nią uczuciami i emocjami. Wspólnie się smucić, radować. Cieszyć się życiem. 

Chciał tego doświadczyć. Poczuć to wszystko, a nie tylko obserwować to. 

Tylko jedna rzecz stała na przeszkodzie, a mianowicie boskie obowiązki. Czy bóg księżyca może zejść na Ziemię tylko dla własnej zachcianki? 

Cóż trzeba tylko wybrać odpowiedni czas. Gorszą przeszkodą był Perun. Chors mógł jedynie powiedzieć, że ma w miarę dobre relacje ze starszym bratem. Przynajmniej nie mógł powiedzieć, że ciągle się kłócą. Ale czy brat będzie potrafił zrozumieć jego pustkę, skoro ten już znalazł swoją miłość? Mokosz była spełnieniem marzeń jego brata. Całym jego światem.

Wziął głęboki wdech. Pozwolił, aby natrętne myśli skupiły się w jednym miejscu, a następnie razem z wydechem pozbył się ich. Czysty umysł pozwolił mu znaleźć w sobie odwagę, aby zapukać w drzwi kuźni brata. 

Dotknął ciężkiej mosiężnej kołatki. Zapukał. Nie musiał długo czekać na otwarcie drzwi, 

Chors od razu poprawił swoje srebrne włosy. Długie loki, które zwykle spinał w koński ogon dla ułatwienia. Znalazł się w nieładzie. Perun uśmiechnął się z zachowania brata, robiąc mu miejsce w drzwiach, zapraszając do środka. 

Chors od razu skierował się do stołu w rogu kuźni Peruna, który jako jedyny nie był zawalony jakimiś jego projektami. To nowymi projektami zwierząt, rysunków nowych kwiatów oraz innych rzeczy jakie go fascynowały. Pan Księżyca wiedział, że chociaż większość z tych pomysłów nigdy nie trafi na Ziemię to jego brat i tak bardzo lubił tworzyć nowe rzeczy.

Młody mężczyzna podszedł do stołu, a następnie przetarł lekko krzesło z trocin. Zaraz obok niego na drugim krześle usadowił się Perun. Wielki mężczyzna oparł się, dając rozluźnić się mięśniom barków. 

Taksował go z zaciętą miną, wzmagającą powagę jego słów. Widział jak jego brat znieruchomiał, a jego oczy były pełne sprzecznych emocji. Chors lekko przygryzł dolna wargę. Czuł jak specyficzny chłód, rozprzestrzeniający się po całym jego ciele. Spodziewał się tego, więc dlaczego czuje takie rozczarowanie? Czyż nie obiecał sobie nie mieć płonnych nadziei? 

Tylko czy samo przyjście tutaj mu jej nie dawało. Spojrzał na swoje splecione dłonie. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy zaczął machinalnie masować wierzch swojej dłoni. Jakoś go to po prostu uspokajało. Ta cisza, która była między braćmi zaczęła go przytłaczać. Spojrzał spode łba na Peruna, taksując sylwetkę brata. Czy jest jeszcze jakiś argument jakiego mógłby użyć? Przyglądając się twarzy brata dostrzegł małe iskierki w jego oczach, a kącik jego ust zaczął delikatnie drgać.

Chors czuł się bardzo specyficznie. Jemu samemu trudno było określić, jak się czuje. Czuł ulgę, chyba nawet większą niż się spodziewał. Dziwne uczucie napięcia zeszło z niego. Nie tylko związane z samym pomysłem zejścia na Ziemię, ale też to które tłumił w sobie od dawna. Naprawdę rodzina mu przebaczyła? Jego pychę? Ignorancję i opieszałość? Myślał, że to skaza, która będzie z nim do końca samego czasu. Rodzina mu przebaczyła. Lekko się uśmiechnął na tę myśl. Jakoś wątpił, aby to kiedykolwiek nastąpiło, a jednak. Chyba pierwszy raz miło było się mylić. 

Perun dostrzegł delikatny, nieśmiały uśmiech na twarzy brata. Szczerość zawsze się opłacała, jeśli chodziło o relacje rodzinne niż jakieś gierki i podchody. 

Chors skinął delikatnie głową, a następnie ruszył na “małą wycieczkę” jak to określił brat, biorąc sobie dzisiejsze słowa głęboko do serca. 

...

Ostatnie kilka dni zleciały Panu Księżyca w mgnieniu oka. Dawno nie czuł się tak podekscytowany. Ostatnie kilka setek lat wyglądały dla niego bardzo podobnie. Zejście na Ziemię stanowiło dla niego przygodę, powiew świeżości, którego nie czuł od bardzo dawna. 

Swoją wyprawę postanowił zacząć na niewielkiej polanie w północnych lasach. 

 Rozejrzał się wokoło przyglądając się drzewom otulonych ciemnością. Usłyszał szelest liści. Odwrócił się w tamtą stronę i ujrzał małego liska. Uśmiechnął się lekko do zwierzęcia, a lisek niepewnie podszedł do boga. Spojrzał na niego, a kiedy Chors chciał go pogłaskać malec uciekł spłoszony. Księżyc zaśmiał się cicho spoglądając za znikającym zwierzęciem. Dawno nie widział żadnego z bliska. Zapomniał, jak potrafią być płochliwe przy obcych.  Chors przechadzał się po lesie zaintrygowany jego tajemniczością oraz piękna. Rozłożyste korony drzew. Szelest liści. Pohukiwanie sów. Trzask małych gałązek. Pieśń nocy. Dzisiaj zdawała mu się piękniejsza niż zwykle. Bardziej bliższa, gdy mógł tak obcować z przyrodą. Dotknąć liści, przejechać palcami po chropowatej korze. Dziwił się sam sobie, że nie wpadł wcześniej na taki pomysł.

Z góry mógł widzieć cały świat, jednak prawie nigdy nie miał okazji przyjrzeć się mu.  Podziwiał każde drzewo, zwierzę i kwiat, aż z zamyślenia wyrwał go szum strumyka. Słaby delikatny szum wody. Postanowił skierować się w jego stronę z nadzieją zobaczenia kolejnych zwierząt. Spokojnie przemierzał las, starając się nie nadepnąć na żadną gałąź, aby nie spłoszyć zwierząt. Poruszał się prawie bezszelestnie. Z każdym krokiem szum wody stawał się coraz wyraźniejszy. Zwierzęta zdawały się bardziej ośmielać przy bogu, który nie okazał się dla nich tak wielkim zagrożeniem. Parę z nich obserwowało go z bezpiecznej odległości. Jakieś małe koźlątko wyglądało za krzaków przyglądając się bogu. Uśmiechnął się lekko, spoglądając na młode sarny. Patrzyło na niego z nieukrywaną ciekawością, lecz nie tak wielką, aby podejść. 

Rzeka znajdowała się za granicą lasu. Chors stanął między drzewami, przyglądając się roztaczającemu się przed nim widokowi. Jaśniejsze niż zwykle gwiazdy odbijały się w tafli wody. Unoszący się w powietrzu zapach wilgoci. Jedyne co nie pasowało księżycowemu bogu w tym obrazie to niewielka postać siedząca nad skrajem rzeki. Ludzie nie zapuszczali się w okolice lasu po zmroku w obawie przed czerwonookimi biesami. Większość potworów była dziećmi mroku, która bardziej wolały dzień niż noc. Człowiek samotnie wędrujący nocą raczej albo nie grzeszył rozumem albo próbował wykazać odwagą. Dla boga oznaczało to zawsze jedno i to samo głupota, chociaż była jeszcze jedna rzecz, która mogła to wyjaśnić. 

Bóg uśmiechnął się lekko. Mogło być nawet ciekawie i chyba nie skończy się tylko na podziwianiu widoków. Niewiasta znad rzeki zaintrygowała go. Spokój jaki od niej emanował, wręcz go oczarował. Był niezwykle kojący. Postanowił przyjrzeć się jej bliżej. Włosy koloru kłosów zbóż, odbijające blask gwiazd. Opadały jej na ramiona. Ubrana była w ciemną luźną suknię. Podchodził do niej powoli jakby była nocną marą, która miała się za chwilę rozwiać. Niestety zapatrzony w tajemniczą kobietę nadepnął na gałązkę. Ta trzasnęła wystarczająco głośno, aby kobieta odwróciła się napięcie. Zaskoczona widokiem obcego wstała odsuwając się. Chors chciał powiedzieć, żeby się nie bała. Pokazać, że nie ma złych zamiarów, ale kobieta uciekła. Boso pobiegła w dół rzeki, nawet nie oglądając się za siebie. 

Księżycowy bóg westchnął z żalem patrząc za znikającą kobietą. Nie chciał jej bardziej straszyć, dlatego odszedł. Noc powoli dobiegała końca, więc musiał już wracać do siebie. Jego ciało zdawało się coraz bardziej przezroczyste im bardziej jasno się robiło. Gdy słońce w pełni wzeszło jego postać rozmyła się całkowicie, tracąc fizyczną formę. Jego emanacja wróciła do Wyraju. 

Tak zakończyła się jego pierwsza noc. Księżycowy bóg odchodząc postanowił odnaleźć tajemniczą niewiastę. Sam jeszcze tego nie pojął, ale w jego sercu zaczęło rozkwitać uczucie, którego nigdy wcześniej nie znał. 

Pojawiając się w Wyraju już odliczał godziny do zachodu słońca. Spędził te godziny na rozmowach z Perunem, który nie omieszkał spytać młodszego braciszka o najdrobniejsze szczegóły. Chors starał się mówić jak najbardziej wymijająco. To, że postanowił bardziej otworzyć się przed bratem nie znaczy, że od razu będzie mówił mu wszystko. Niektóre rzeczy trudno powiedzieć, jeśli nie jest się do tego przyzwyczajonym. Gdy słońce chyliło się ku horyzontowi, jego sylwetka zaczęła pojawiać się obok rzeki. Im ciemniej się robiło tym bardziej materialna stawała się jego sylwetka. 

Księżycowy bóg zjawił się w miejscu, gdzie widział damę, która przez jedną noc zdążyła rozgrzać jego serce. Usiadł nad brzegiem i czekał. Wsłuchiwał się w nocną pieść z nadzieją, że tajemnicza kobieta pojawi się ponownie. Chciał wyłapać jakiś dźwięk, który świadczyłby o obecności wczorajszej niewiasty. Niestety nie pojawiała się, ale bóg nie poddawał się. Siedział i czekał, a zwierzęta z lasu zaczęły baczniej przyglądać się księżycowemu bogowi. Część z nich nie czuła już wobec niego strachu. Nie czuły od niego żadnych złych intencji, czuły nawet coś więcej. Czuły od niego pewnego rodzaju czułość czy bezpieczeństwo. Wczorajsze koźlątko miało w sobie najwięcej odwagi, a może naiwności, podeszło do boga. Obok niego szła dumnie sarna, bacznie obserwując poczynania swojego dziecka. 

Koźlątko powoli podeszło do boga, a następnie zaczęło go obwąchiwać. Chors nie chciał straszyć malca, więc starał się nie ruszać. Gdy zwierzę poczuło się swobodnie otarło się o jego nogę. Księżycowy bóg ostrożnie położył dłoń na głowie zwierzęta. To nawet się nie wzdrygnęło, wręcz przeciwnie. Domagało się pieszczot, których bóg mu udzielił. Koźlątko oparło głowę na jego nogach kompletnie się odprężając. 

W międzyczasie na skraju lasu, poza zasięgiem wzroku księżycowego boga, złotowłosa kobieta bacznie mu się przyglądała. Wczoraj uciekła wystraszona, bo myślała, że to ktoś z jej rodziny ją znalazł. Bardzo się pomyliła, ale ten człowiek dalej był nieznajomy. Nie wiedziała co mógłby jej zrobić. Obroniłaby się, lecz przezorny zawsze zabezpieczony. 

Nie spodziewała się, że znowu go spotka. Myślała, że zniknął i więcej się tutaj nie pojawi. Widocznie kolejny raz się pomyliła i uzmysławiało sobie kolejny błąd. Zwierzęta lgnęły do tego człowieka, więc nie mógł być zły. One to od razu wyczuwały. 

Zaciekawił ją. Ta dziwna jasna skóra, nie była chorobliwie biała, ale jasna jakby bił od niej delikatny blask. Włosy miał jeszcze bardziej niespotykanego koloru. Mieniły się jak żywe srebro, a błękitne oczy zdawał się błyszczeć. Jedyne słowo jakie przychodziło jej na myśl to gwiazda. Nim spostrzegła zatonęła w jego urodzie. 

Czuła się jakby coś kazało jej do niego podejść. Może ciekawość? Wzięła głęboki wdech i wiedziona jak po sznurki zbliżyła się do mężczyzny. Koźlątko podniosło głowę, gdy kobieta zbliżyła się na krok od Chorsa. 

Mężczyzna odwrócił się za siebie, chcąc dowiedzieć się co zainteresowało koziołka. 

Zaskoczona i zarumieniona nie odrywała wzroku od mężczyzny, urzeczona jego pięknem jak i nienagannym zachowaniem. Dawno się z czymś takim nie spotkała, a tym bardziej w stosunku do siebie. Zwykle traktowano ją bardziej przedmiotowo.  

Resztę bezksiężycowej nocy spędzili siedząc na trawie w pobliżu rzeki. Otaczały ich ciekawskie zwierzęta, a tych dwoje pogrążonych było w rozmowie. Chors chłonął każde jej słowo, nie chciał, aby coś mu umknęło. Ona bacznie go obserwowała starając się rozszyfrować jego spokojną minę. Podskórnie czuła, że kryje się za nią coś więcej. Księżycowy bóg dowiedział się, że Milana kocha naturę oraz wszystko co z nią związane. Określała to mianem więzi, niesamowitej bliskości, którą dotąd czuła tylko z naturą. Tylko tego ostatniego mu nie powiedziała. Jeszcze nie. 

Chors wyjawił jej, że przy niej czuł się wolny. Wyjawił jej, że była pierwszą osobą, przy której nie czuł się oceniany. Serce Milany rozgrzało się. Poczuła przyjemne ciepło w sercu, ciesząc się obdarzonym zaufaniem. Dotknęła ręki mężczyzny, chcąc okazać mu swoje wsparcie. Oboje wiedzieli, że wytworzyła się między nimi nić porozumienia. Pewne przeczucie, które ciągnęło ich do siebie. Nieświadomie zbliżyli się do siebie stykając się ramionami. Milana oparła się o niego, przechylając głowę bliżej niego. Dzieliło ich kilka centymetrów. 

Może gdyby to nie była Milana tylko inna kobieta, nigdy by nie zdobył się na coś takiego. Pozwolił, aby pierwszy raz od dawna to uczucia wzięły górę. Tak długo się tego bał, ale czy miał wiele do stracenia? 

Ich pierwszy pocałunek był pełen niepewności. Każde z nich bało się tego co pomyśli to drugie. Czy to nie za szybko? Działali ostrożnie, jedno nie chciało speszyć drugiego. Gdy tylko zrozumieli, że oboje tego chcą niepewność minęła. Nie oznacza to, że zaczęli działać śmielej. Chors był wobec niej delikatny, tak samo ona wobec niego. Ich pierwszy pocałunek był pełen niewinności oraz rozkwitającego uczucia. 

Pocałunek był krótki, ale dla nich zdawał się trwać dłużej. Nawet nie zwrócili uwagi, że zamknęli oczy. Jakby bali się, że to sen. Otworzyli je prawie w tym samym momencie. Milana lekko się uśmiechnęła, patrząc Chorsowi w oczy. Czuła się jak nastolatka. W jej brzuchu kłębiły się motyle, a na twarz wchodziła czerwień. Chors nie wiedział co ma czuć. Nigdy wcześniej z nikim się nie całował. Nie przypuszczał, że przy pocałunku przejdzie go przyjemny dreszcz. Dotknął dłonią policzka Milany, muskając go kciukiem. Kobieta zamknęła oczy, pozwalając mężczyźnie na tę drobna pieszczotę. 

Chciałby, aby ta chwila trwała dłużej. Tylko czas dobiegał końca. Kolejna noc dobiegała swojego kresu. Chors spostrzegł, że niego na horyzoncie zaczęło przybierać odcienie czerwieni. 

Drugiej nocy Chors i Milane poczuli jakby spotkali swoje bratnie dusze. Żadne z nich nigdy nie czuło czegoś tak pięknego i wyjątkowego jak tej nocy. Oboje mieli wrażenie jakby znali się od dawna, a była to dopiero ich druga noc. 

Chors zastanawiał się, czy jego bratnią duszą może być człowiek. Nigdy nie słyszał o czymś podobnym, chociaż bardzo mało rozmawiał z innymi bogami. Nie wiedział, czy związki między bogami i ludźmi są zakazane, bo żadnego wcześniej nie było. Zadaniem bogów było dbać o dary Świętowita - ojca bogów, stworzyciela wszystkiego. Czy wolno im było wiązać się z ludźmi? 

Dzisiejszy dzień spędził tułając się po ogrodzie Mokosz. Gęste, urodziwe drzewa dały mu ostoje spokoju, w której mógł rozmyślać, kryjąc się przed wzrokiem starszego brata. Nie miał głowy do zwierzania się. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, a Jutrzenka przekroczyła bramy Wyraju, zwiastując nastanie nocy. 

Nie chciał tracić czasu, czy zamartwiać się. Wolał poświęcić ten czas przebywając z Milaną. Tej nocy Milana pokazał Chorsowi miejsca, które bardzo ceniła. Pokazała mu piękno lasu, z którego nie zdawał sobie sprawy. Wszystko zdawało się mieć w sobie więcej uroku, a może to tylko obecność blondwłosej czyniła świat urokliwszym?

Księżycowemu bogowi, który co noc odbywał swoją wędrówkę, nie widział nic równie pięknego jak wodospad, wokół którego rosły Wiktorie Królewskie, kwiaty które kwitną tylko na dwie noce. Para usiadła razem na miękkiej trawie przyglądając się błyszczącej tafli wody. Delikatne światło gwiazd odbijało się w jego tafli. Siedzieli wtuleni w siebie, przyglądając się kwiatom. Żadne z nich nie spodziewało się, że zakwitną. Biel płatków ustępowała miejsca różu.

Chors zwrócił się w stronę Milany, poprawiając jej włosy. Wpatrywał się w jej oczy, czując jak z każdą chwila zyskuje więcej pewności co do swoich uczuć. Tym razem pocałował ją śmielej. Chciał pokazać jej, że co czuje. Gdy skończył, nie odsunął się tylko szepnął jej do ucha szeptem dwa słowa.  

Kobieta uśmiechnęła się słysząc je. Wtuliła się w ramię mężczyzny, czując jak zalewa ją czerwień. Kolejny raz się przez niego zarumieniła. Nigdy nie myślała, że przez ktoś sprawi, że w jej sercu rozkwitnie miłość. 

Obydwoje czuli, że jest to właściwe miejsce i czas na te słowa. Każdego z nich rozpierała wielka radość. Bóg uśmiechnął się uradowany, że Milana odwzajemniła jego uczucia. Chwycił jej podbródek, a potem złożył na jej ustach kolejny pocałunek.

Ich szczęście mogłoby trwać wiecznie, gdyby nie pewna zazdrosna osoba ukryta w gąszczu. Nie w smak był mu romans Milany. Była jego własnością i musiała zostać ukarana. Nawet jeśli była córką Alfy stada wilkołaków nie ominie jej kara za doprawianie rogów. 

Kochankowie rozstali się z zamiarem spotkania się kolejnej, a zarazem ostatniej bezksiężycowej nocy. Kiedy Chors odchodził obiecał sobie, że wyjawi ukochanej prawdę o sobie. Nie wiedział, że Milana ma taki sam zamiar - chciała mu powiedzieć, że jej córką alfy i że sama jest wilkołakiem. Oboje mieli przed sobą sekrety oraz obawiali się reakcji drugiej osoby, kiedy je usłyszy. 

Chors pewien swoich uczuć powiedział o swoich zamiarach bratu. Księżyc myślał, że zostanie ukarany za miłość do śmiertelniczki, ale został mile zaskoczony reakcją brata.

- Co ty myślałeś?! - krzyknął wesoło Perun. - Miałbym się zrugać za to, że się zakochałeś? - powiedział gromowładny śmiejąc się wniebogłosy. - Za kogo ty mnie masz, braciszku? Przecież ja też kiedyś byłem zakochany - powiedział Perun zerkając na swoją żonę Mokoszę, która była znana pod innym imieniem. Ludzie zwali ją Matką Ziemią, ale dla większości była Mokoszą, boginią deszczu i życia. - I nadal jestem... - dodał szeptem roześmiany Perun.

- Ale ona jest człowiekiem - powiedział Chors, coraz mniej rozumiejąc. Perun tylko machnął na to ręką.

- Za dużo siedziałeś sam i wiele cię omija - rzekł Perun, jakoś nie miał sił uświadamiać młodszemu braciszkowi wszystkie informacje jakie go ominęły. Było tego po prostu za dużo jak na jedną rozmowę, w szczególności liczne przelotne romanse Swarożyca z jego wyznawczyniami, czy związku Jarowita ze śmiertelnikiem. - Jedyny kto powinien nie zbliżać się do śmiertelników to Swarożyc, ale jego problemem zajmuje się Swaróg. Póki za tydzień nie wpadniesz do mnie, że masz nową wybrankę to masz moje błogosławieństwo - zakończył Perun, klepiąc brata. 

Chors poczuł ulgę po usłyszeniu słów brata. Teraz był pewien, że musi powiedzieć Milanie kim naprawdę jest. Jeśli naprawdę mnie kocha to zrozumienie, pomyślał młody bóg wyczekując zachodu słońca.

Czwartej bezksiężycowej nocy Milana i Chors spotkali się przy wodospadzie. Księżycowy bóg ujął w dłonie jej rękę całując. Kobieta zarumieniła, odwracając głowę. Bardzo lubiła to jak traktował ją Chors. Czuła jakby była dla niego całym światem. Jakby się liczyła, a nie tylko stanowiła dodatek. Przy nim mogła czuć się swobodnie. Chciała być przy min szczera, a on z nią. 

Chors również się zaśmiał. Nic co by od niej usłyszał, nie zmieniłoby jego zdania o Milanie. 

Niestety ich sielanka nie mogła trwać wiecznie. Milana poczuła na karku dreszcz. Przeszedł jej ciało wzdłuż kręgosłupa, aż się wzdrygnęła. Chors nie widział co się dzieje. Zauważył lęk w oczach Milany. Kobieta chwyciła go mocno za nadgarstek, odciągając go. 

Jak na zawołanie na krawędzi lasu otaczającego wodospad pojawiły się wilki. Weszły na polanę, warcząc na Chorsa i Milanę. Kobieta wzdrygnęła się widząc stado. Księżycowy bóg zakrył ciałem Milanę, odcinając ją od zagrożenia. Zwierzęta nie stanowiłyby dla niego zagrożenia. Odstraszyły je z łatwością, ale w tych było coś dziwnego. Największy wilki z watahy wyszedł na przód. Idąc w stronę Chorsa, jego postać zmieniała się. Sierść znikała z jego ciała, a kończyny wydłużały się. Były wilk stanął w pełnej krasie zaledwie dwa metry od kochanków, odziany w wilcze futro. 

Wiele razy musiał mierzyć się z wilkołakami podczas swoich wart. Atakowały wielu jego wyznawców czy innych ludzi. Większość z nich była nieobliczalna i pozwalała, aby ich zwierzęca forma przejęła nad nimi kontrolę. Chors rzadko walczył, nie był też jakimś najsilniejszym bogiem. Jego moc zależała od cyklów księżyca. Bezksiężycowe noce oznaczały, że jego moc była bardzo słaba. Z jednym albo dwoma wilkołakami by sobie poradził, ale całe stado mogło stanowić dla niego wyzwanie. W te dni zwykle korzystał z pomocy swoich kapłanów. 

Mężczyzna stał sztywno, tak, że Milana nie widziała jego twarzy. Obawiała się najgorszego. Łzy zbierały się w jej oczach, pierwszy raz czując się tak bezsilnie. 

Chors obrócił się powoli, spojrzał w oczy Milane. Nie musiał nic mówić, aby kobieta zrozumiała, że darzy ją wielkim zaufaniem.

Alfa na ten widok zazgrzytał zębami, a mięśnie w jego ciele napięły się. 

Alfa ruszyła Chorsa. Księżycowy bóg nie miał przy sobie broni, nie spodziewał się walki. Skrytykował się za taką bezmyślność. Naprawdę powinien częściej opuszczać swoje kwatery. Stał się naprawdę lekkomyślny i naiwny. 

Chors odskoczył przed atakiem wilka odciągając Milanę. Mógłby przywołać chociaż ułamek swoich mocy, aby stworzyć jakąś tarczę. Ale nie był pewien czy będzie ona wystarczająco duża, aby ochronić również jego ukochaną. Musiał myśleć szybko. Wilki zacieśniały krąg wokół nich. 

Milana również nie chciała poddać się bez walki, ale zmienić się mogła tylko noszą skórę wilka. W tej sytuacji była bezbronna. Kolejny wilki skoczył na Chorsa. Musiał myśleć szybko. Uniósł dłoń w stronę wilka. Skupił swoją moc. Tarcza pojawiła przed nim. Niewielka, przezroczysta tarcza. Lśniła. Wilk odbił się od niej. Zaskowyczał, upadając na ziemię. 

Kolejne rzeczy przebiegały bardzo szybko. Wilki zażarcie atakowały kochanków. Chors odbijał ich ataki, ile tylko mógł, próbując odciągnąć Milanę z dala od nich. Tylko przeciwników było za dużo, a sam bóg za słaby. Przemienieni rozdzielili ukochanych. Dwa wilki przemieniły się, pochwytując Milanę, odciągając ją z dala od walki. 

Chors chciał jej pomóc. Zmienił tarczę we srebrną włócznię. Zaatakował dwa najbliższe wilki, próbując utorować sobie drogę do ukochanej. Niestety nie spodziewał się, że Alfa skoczy na jego plecy. Z całą siłą wbił swoje ostre pazury w plecy boga poważnie je raniąc. Przeciął skórę i mięśnie boga, a błękitna krew wsiąkała w szaty. Bóg z bólu został powalony na ziemię. Alf dumnie stanął na plecach boga, głębiej wpijając pazury. 

Czuł, jak przepełnia go siła swoich przodków. Każdy pokonany przez księżycowego boga dawał mu teraz siłę. Bóg był słaby, gdy księżyc znikał z nocnego nieba. Jedyna okazja, aby pozbyć się go na zawsze. 

Chors powoli trafił przytomność. Jego rany były poważniejsze niż myślał. Widział jak jego ukochana znika w lesie, porwana przez przemienionych. Czuł na karku oddech zbliżającej się śmierci. Czy naprawdę jego historia tak się skończy? 

Alfa zabije jego cielesną powłokę. Bóg straci jakąkolwiek szansę na ponowne zobaczenie ukochanej. Może nawet nigdy więcej nie uda mu się postawić nogi na Ziemi. Czuł się tak beznadziejnie jak nigdy. Ponownie zawiódł. Pokazał, że nie zasłużył na miano boga. 

Krzyki Milany niosły się jeszcze wiele kilometrów, gdy zniknęła z jego pola widzenia. Chors już gotował się na wielki ból. Wątpił, aby Alfa dał mu szybką śmierć. Wolał już oddać się w odmęty mroku, aby nie czuć więcej bólu. Nie był wojownikiem, aby walczyć do końca, czy uznać tę śmierć za szlachetną. Wiedział, kiedy spartolił sprawę. Już zaczął wierzyć, że do czegoś się nadaje. 

Śmierć miała nadejść. Zdawała się nieuchronna, gdy Alfa zbliżał swoje kły do karku boga. Nigdy nie zasmakował bożym mięsie. Jedyna i niepowtarzalna okazja. Mogła nawet dać mu wielką i niepowtarzalną siłę. 

Tej nocy księżycowy bóg mógł umrzeć. Gdyby nie to, że niebo przeszyła wielka błyskawica. Uderzyła w środek polany. Część watahy uciekła do lasu, wystraszona uderzeniem. Rozległ się przytłaczający grzmot, raniący wilcze uszy. Parę z nich skuliło się ze strachu, chociaż lepiej byłoby, gdyby uciekły. Gdy tylko otworzyły oczy ujrzały na środku polany wielkiego jak niedźwiedź mężczyznę. Przywdziany był w skórzane spodnie oraz biały fartuch. Wygląd nie dodawał mu siły, ale aura jaką emanował była wręcz przytłaczająca. Dopiero po chwili zauważyły, że w prawej dłoni dzierżył wielki kowalski. 

Perun spojrzał na skulone wilki. Ze strachu przeszył je dreszcz, a ciała sparaliżowało. Zobaczyły w oczach boga piorunów pierwotny gniew. Widziały żarzące się iskry w oczach boga, sprawiły, że zaczęły skomlić ze strachu. 

Nawet Alfa stada poczuła tą przepełnioną gniewem energię. Cofnęła się. 

Perun nie obawiał się zadawać bólu, jeśli dzięki temu mógł oszczędzić cierpienia bliskim. Mocniej ścisnął rękojeść młota, aż pobielały mu knykcie. Nie ma litości dla tych co krzywdzą jego rodzinę. 

Bóg piorunów zamachnął się swoim młotem. Uderzył w ziemię z całą siłą jaką miał. Siła uderzenia za trzęsła ziemią. Parę wilków próbowało uciec, ale wywróciło się. Chociaż najgorsze były pioruny, które wyskoczyły z młota, gdy ten dotknął ziemi. 

Kilka piorunów trafiło uciekające wilki. Padły na ziemię jak długie. Część ich futra spaliła się, zostawiając na skórze zwęglone ślady. Bóg ich nie zabił. Co to to nie. Wystarczyło ich boleśnie okaleczyć. Zabicie wilkołaków, mogłoby sprowadzić na niego gniew Welesa. Jakoś Perunowi nie widziało się prowadzenie wojny z bratem, chociaż może tym razem nawet Weles przymknąłby oko na lekkie uszczuplenie jego mrocznych stworzeń. Nawet on zmartwiłby się, gdyby jego stworzonka pokiereszowałyby ich małego braciszka. 

Perun doskoczył do Alfy, która wciąż stała na jego małym braciszku. Wziął kolejny zamach. Uderzył w pysk wilka. Rozległ się trzask łamanych kości. Wilk odleciał na kilka dobrych metrów. 

Bóg piorunów zrobiłby znacznie więcej, ale były sprawy ważne i ważniejsze. Przypiął swój młot do pasa, klękając obok nieprzytomnego braciszka. Mimo to nadal kątem oka przyglądał się Alfie, która z trudem wstała z ziemi. Jego szczęka luźnie zwisała. Perun prychnął pod nosem. Była to niewielka kara za zranienie boga i przelanie błękitnej krwi. 

Na razie musiał zając się swoim bratem. Wziął go na ręce. Jego drobne ciało zdawało się jeszcze mniejsze, jakby to w ogóle było możliwe. Perun znał tylko jedną osobę, która mogłaby uleczyć te rany. Nie byłoby dobrze, gdyby jego brat stracił na setki lat materialną formę. Na szczęście znał jedną osobę, która mogłaby się nim zająć. Jeszcze lepsze było to, że tą osobą była jego żona. 

Tak zakończyła się czwarta noc księżycowego boga. 

Jego sen prysnął jak bańka mydlana w dość bolesny sposób. Brata dusza została uprowadzona z winy tego kim jest. Poraniony na ciele i duszy, uratowany przez brata. Perun zabrał go do swojego domu, aby zajęła się nim Mokosz. Ta zażądała od swego męża wyjaśnień. Perun zdradził jej co się stało, gdy ta zajmowała się oczyszczaniem ran Chorsa. Mokrymi bandażami zdejmowała z pleców bożka krew oraz brud. Pod ręką miała swoje mikstury lecznicze, którymi polewała rany Chorsa. Jakby mogła zdzieliłaby w głowę swojego głupiego męża i szwagra, gdyby nie leżał przed nią nieprzytomny. Oboje wykazali się głupotą. Jej mąż tym, że nie raczył przygotować Chorsa na jego ziemską eskapadę, a księżycowego boga za to, że zapomniał jak słaby jest podczas nowiu.  

Chors obudził się w domu swego brata Peruna, stała przy nim zatroskana Mokosza. Obok niej stała wielka misa z zabarwioną na błękitno wodą. Stał tam jeszcze góra poplamionych bandaży i podartych ubrań.  Próbował wstać, ale poczuł przeszywający ból w plecach. Z powrotem położył się na łóżku z grymasem bólu. 

Bogini jak powiedziała tak uczyniła. Obróciła Chorsa na prawy bark i przyłożyła ręce do jego rany, która już nie krwawiła, ale sprawiała bogowi ból. Mokosza położyła ręce na jego ranie. Wokół jej drobnych dłoni pojawiła się zielona poświata. Zasklepione rany zaczęły się goić. Nie minęło nawet kilka minut, a zostały po nich lekko zaróżowione blizny. Ból łagodniał z każdą chwilą, a gdy pozostały tylko blizny uszedł z niego cały. Księżycowy bóg powoli wstał. Usiadł na łóżku.

-Mokosza, dziękuję - powiedział Chors.

-Nie masz za co, Chorsie - powiedziała uśmiechając się lekko. - Jesteśmy rodziną, to był mój obowiązek. Chociaż z chęcią zdzieliłabym cię to uważam, że te blizny to wystarczająca nauczka. - dodała poważniejszym surowszym tonem. 

Chorsa przeszedł dreszcz, lecz nie bólu a strachu. Zdzielenie w języku Mokosz wiązało się bardziej z miotaniem na wszystkie strony jej pnączami. 

Kiedy Księżyc dziękował Mokosze, dobiegły ich uszu głosy zza drzwi. Oboje spojrzeli na nie i wtedy do środka wpadła zapłakana Jutrzenka, a za nią weszli Perun i Świętowit. Dwaj ostatni pogrążeni byli w rozmowie. Jutrzenka od razu jak zobaczyła Chorsa rzuciła mu się na szyję szlochając. Księżycowy bóg nie wiedział co ma zrobić. Nie spodziewał się, że jego pierwsze spotkanie z siostrą od dawna będzie miało taki przebieg.  

- Nawet nie wiesz jak ja się o ciebie martwiłam - powiedziała poprzez łzy. 

- Dlaczego? - powiedział słabo Chors. Siostra spojrzała w jego gwieździste oczy. Uśmiechnęła się smutno.

- Bo jesteś moim bratem - powiedziała i jeszcze raz go przytuliła. - Moim bliźniakiem. Nie obchodzi mnie przeszłość. Cieszę się, że nic ci nie jest. 

 Chors niepewnie ją przytulił. Wreszcie zdał sobie sprawę z pewnej rzeczy, która była niewidoczna dla jego oczu. Jego siostra przebaczyła mu. Nie winiła go za jego postępek, choć mogła obwiniać go do końca czasu. Objął ją mocniej, nie chcąc puścić z rąk. Jego serce ponownie się rozgrzało. Bliźnięta odzyskali się.  

Ich chwilę pojednania przerwał Perun.

Młody bóg spojrzał na niego i posmutniał. Spuścił głowę.

Wiedział co czego teraz jego ukochaną. Umrze z ręki jej watahy, a jej dusza powędruje do Nawii, tam, gdzie tylko Wesel może kroczyć. 

Nikt z bogów nie mógł patrzeć na cierpienie księżycowego boga. Zawsze był samotny i wreszcie znalazł kogoś kto go pokochał, a teraz miał stracić ta osobę. Perun nie wiedział co ma począć. Chorsowi nie wolno było chodzić po Ziemi w świetle dnia, a tym bardziej po za tymi czteroma dniami, kiedy księżyc znikał z nieboskłonu. Mokosza mogła opuścić świat bogów, ale nie mogła ingerować w ludzkie życie. Jutrzenka musiała czekać na ojca przy bramie, nie mogła opuszać posterunku. To ona pilnowała bramy, aby nikt niepożądany jej nie przekroczył. Świętowit również nie mógł zstąpić z nieba, musiał pilnować świata, aby nie pogrążył się w chaosie. Równie kiepsko sprawa miała się z Perunem. Nie mógł bardziej wtrącać się w sprawy między demonami. Jego spory z Weselem były bardzo napięte. Nie mógł ponownie się wtrącić, jeśli nie chciał rozpętać wojny. Tym razem udało się uciszyć gniew Welesa, ale tyko dzięki pomocy Świętowita. 

Nie mogę pozwolić by mój syn cierpiał. Sam skazał się na wiele lat bólu i samotności. Wreszcie, gdy postanowił się otworzyć taki los go spotkał. Co mógłby zrobić dla niego?  pomyślał Świętowit. Nagle uświadomił sobie jedną rzecz. Była jedna zasada, która pozwoliłaby Chorsowi na działanie. 

Zdradził on strażnikowi nocy, że raz na trzysta siedemdziesiąt lat księżyc zasłania słońce i wtedy strażnik nocy może zejść na Ziemię. Kiedy Chors usłyszał tę nowinę wstąpiła w niego nadzieja na uratowanie ukochanej. Kiedy nadchodził świt wszyscy skierowali się w stronę bram Wyraju. Chors nigdy wcześniej nie przypuszczał, że przekroczy je w świetle dnia i to na dodatek u boku swego ojca. Jutrzena otworzyła bramę, a Chors i Świętowit weszli do czekającego za wrotami rydwanu. 

- Myślisz, że mu się uda? - zapytała Jutrzenka Peruna, kiedy rydwan zaczął się oddalać.

- Jasne! - krzyknął gromowładny. - To przecież nasz brat! - dokończył radośnie. Zawsze pokładał wielką wiarę w swojego małego braciszka. Nie mógł stracić jej teraz. 

….

W samo południe, Milana klęczała skuta srebrnymi łańcuchami. Jej niegdyś blond włosy umorusany były błotem zmieszanym z zaschniętą krwią. Jej własną jak i paru innych wilków.  Nie dała się tak łatwo zakuć. Wyrywała się, gryzła, szarpała. Paru z nich poraniła. Jednemu złamała nos. Innemu zostawiła paznokciami szramę na twarzy. Jeszcze inny stracił część ucha. 

Nie chciała być im więcej posłuszna. Nie za to co zrobili. Lata upokorzeń. Traktowanie jak przedmiot. Ustawianie życia. Chociaż dopiero śmierć ukochanego przelała czarę goryczy. Wtedy po prostu coś w niej pękło. Jeśli już miała odejść z tego świata, to chciała, aby oprawcy mieli pewne pamiątki. Chciała, żeby zapamiętali ją na długo. 

To, że nie pozwoliła się tak łatwo zabić. To, że pokazała swój upór. Późno, ale lepiej tak niż nie zrobić tego wcale. Parę siniaków czy złamań jakie jej wyrządzili nie grały teraz roli. Mogła znieść ten ból, który był niczym w porównaniu z rozpadającym się sercem. 

Umarła już w nocy, gdy widziała jak jej ojciec chce przegryźć kark ukochanego. Nie widziała tego. Przynajmniej ten obraz nie będzie jej prześladował. 

Milana podniosła głowę, a na jej twarzy można dostrzec było zaschnięte grudki ziemi oraz krwi. Maskowały jej liczne siniaki na twarzy. Spojrzała pełnym nienawiści wzrokiem na swojego niedoszłego męża. Bożysław miał zostać kolejną alfą stada przez związek z nią. Jej ojciec upatrzył sobie kogoś na swoją modłę. 

Mężczyzna skrzywił się czując ślinę na swoim policzku. Z obrzydzeniem starł ją rękawem lnianej koszuli. Ta kobieta wkurzała go, ale nie była mu już potrzebna. Jej ojciec, Alfa - a raczej była już Alfa - został znaleziony na skraju lasu ze złamaną szczęką oraz licznymi śladami poparzeń. Niewiele dało się dla niego zrobić oprócz zakończenia jego bólu, co Bożysław uczynił. Teraz to on był przywódcą stada. Musiał wymierzyć karę dla Milany za zdradę stada. To przez jej wybryki zginął poprzedni przywódca. Bratała się z bogiem księżyca, ich najgorszym wrogiem. Musiała ponieść najsurowszą karę. 

Przebije jej serce srebrnym sztyletem, a potem spali jej ciało. Jej dusza na zawsze związana będzie z tą ziemią. Nie będzie mogła zaznać spokoju w Nawii razem z przodkami. Odetnie ją w ten sposób od stada. 

Nie raczył skomentować zachowania Milany. Nie była tego warta. Odwrócił się do stada, które okrążało ich ze wszystkich stron. Mężczyźni, z niezdrową satysfakcją wpatrywali się w skutą Milanę. Kobiety z zwieszonymi głowami, posłusznie stały u boku swoich mężów. Żadna z nich nie miała odwagi stawić czoła niesprawiedliwemu wyrokowi, bojąc się, że spotka je to samo. Dzieci, które chowały się za swoimi rodzicielkami. Jedni przemienieni, inni w ludzkich postaciach. Każdy miał zobaczyć upadek Milany. Bożysław od początku swoich rządów, chciał pokazać wszystkim, że w jego stadzie nie ma tolerancji dla zdrajców. 

W srebrze odbiły się słabe promienie słońca. Wśród zebranych zaczęły się szepty. Część watahy odsunęła się niepewnie. Matki wzięły swoje dzieci na ręce. Niektórzy zaczęli wskazywać na słońce. 

Bożysław nie wiedział co się dzieje. Czuł tylko narastający niepokój stada. Wszyscy przed nim wpatrywali się w niego. W słońce za nim. Dopiero wtedy zrozumiał, że słońce przygasa. Jego blask słabnie, a krajobraz powoli spowija mrok. 

Odwrócił się napięcie, aby zobaczyć co jest nie tak ze słońce. 

Wtedy to ujrzał. Księżyc. 

Prawie zasłonił słońce. Bożysław czuł podskórnie, że to zły omen. Spojrzał na klęczącą przed nim. Milana uśmiechała się. Patrzyła na niego i uśmiechała się. Jakby wiedziała, że wygrała. Bóg musiał przeżyć, przeszło przez umysł Bożysława. Zagryzł zęby na tę myśl. Widział co to oznacza. Zadarł z bogami, a ci nie byli litościwi, jeśli coś im się odbierało. 

Jeśli miał umrzeć, to nie umrze sam. 

Chors czuł, jak siła roztacza się po jego materializującym się ciele. Księżyc prawie przysłonił słońce, a im ciemniej było tym on bardziej rósł w siłę. Jego postać pojawiała się za stadem. Przed sobą miał klęczącą Milanę oraz górującego nad nią Bożysława. Bóg ukazał się w pełnej krasie. Siła i moc biły od niego, płosząc najbliższe wilki.

Bożysław widząc boga, nie tak bezbronnego i słabego jak wczorajszego wieczoru, wiedział, że nie wygra. Jedyna jego przewaga polegała na tym, że bóg nie spodziewał się z jego strony żadnego oporu. Coraz więcej wilków uciekało. Nikt nie chciał narażać się na boży gniew. Tylko jaka to była różnica dla Bożysława, który i tak już sporo namieszał?

Chwycił Milanę za włosy, podciągając z całej siły do góry. Kobieta była wyczerpana oraz ranna, więc bez problemu podniósł ją. Bóg od razu na to zareagował. Spokojny, pewny krok Chorsa zmienił się w bieg. Tylko, że to wilk był szybszy. Bóg materializował w dłoni włócznię. Bożysław przyłożył srebrne ostrze do szyi Milany. Poczuła tylko jak ostrze przecina jej szyję. Zaskoczona nie zdążyła nic zrobić. Świeża i ciepła krew zaczęła ściekać strumieniami po jej ciele. 

Bożysław puścił jej włosy, a ta bezwładnie spadła na ziemię. Ramię mężczyzny przeszyła księżycowa włócznia, przyszpilając go do ziemi. Mężczyzna śmiał się w niebogłosy. Zrobił to. Zabił tę szmatę. Nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. 

Chors rzucił włócznią, lecz nie zdążył powstrzymać wilka. Podbiegł do ukochanej, która nieruchowo leżała na ziemi. Podniósł jej bezwładne ciało, odgarniając włosy z twarzy. Jego wzrok napotkał tylko puste oczy. Nie było już w nich tej energii, którą zawsze w nich widział. Jej twarz zastygła w zaskoczeniu. 

Bóg pierwszy raz w swoim życiu zapragnął odejść wraz z nią. Tylko bogom nie jest pisana śmierć. Ich ciało może umierać wiele razy, ale ich esencja zawsze będzie istnieć. Nikt z nich nie może przekroczyć bram Zaświatów, a żadna ludzka dusza nie może ich opuścić. Chyba, że będzie przeklęta na wieki. 

Bóg załkał, tuląc ciało ukochanej. Nie baczył na krew, która wsiąkała w jego szaty. W tej chwili po prostu nie chciał jej puścić. Chciałby, aby wróciła. Przeprosić za to co na nią sprowadził. Gdyby tylko mógł oddały jej swoje życie. 

Mężczyzna krzyczał dalej, jakby wbita w jego ramię włócznia nic mu nie zrobiła. Wykrzykiwał oszczerstwa pod adresem Milany i księżycowego boga. Gdyby przeklinał samego Chorsa, może bóg by po prostu odszedł. Tylko to sprawiło, że księżycowy bóg ułożył ostrożnie ciało ukochanej na ziemi, zamykając jej oczy. Ucałował jej dłoń, kładąc ją delikatnie na piersi. Potem wstał i wolnym krokiem zbliżył się do wijącego się Bożysława. 

Może mężczyzną zawładnęło szaleństwo? Może wilk zbzikował od utraty krwi? A może po prostu był zwykłym zwyrolem, który zawsze chciał mieć ostatnie słowo?

Nie obchodził to Chorsa. Księżycowy bóg po prostu wyrwał swoją włócznię jedną ręką z barku Bożysława. Ranny wilkołak krzyknął na tak nagły przypływ bólu. Instynktownie chwycił się za krwawiące ramię. Odczołgał się kawałek od boga, która stał trzymając swoją włócznię. 

Chors nie widział sensu, aby biec za wilkiem. Wystarczyło tylko nadepnąć na jego plecy, co bóg uczynił. Bożysław wrzasnął jak tylko but dotknął jego pleców. Siła jaką na niego napierał. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Kręgosłup wilkołaka pękł jak wykałaczka pod stopą Chorsa. Przycisnął go bardziej do ziemi, a polanę zapełniały ludzkie wrzaski. Księżycowy bóg wziął swoją włócznie w obie ręce. Nie zastanawiał się nad tym co zamierza zrobić, czy konsekwencji jakie może ponieść. Bogom nie wolno było zabijać ludzi. Nie mogli tak bardzo ingerować w ich życie. Mogli się im ukazywać, prowadzić ich na określone ścieżki. Zesłać na nich karę, ale nigdy zabić. 

Włócznia boga przebiła czaszkę Bożysława, zatapiając się w niej gładko. Krzyki mężczyzny gwałtownie ustały, a ciało opuścił duch. 

Za jego pleców wyszedł wysoki szczupły mężczyzna. Czarne jak mrok włosy, spięte białą wstążką. Odziany był w niedźwiedzi skórę, która sięgała samej ziemi, zagrywając doszczętnie jego nogi. Minę miał powściągliwą, lustrując młodego bożka. 

Chors wyprostował się. Nawet nie patrzył na swego starszego brata. Nie obchodziło go, że Weles się tu pojawił. Mógł go ukarać za złamanie bożych praw. Zrobiłby to on albo sam Świętowit. W końcu księżycowy bóg miał tylko uratować ukochaną, a nie zabijać. 

Zaskoczyło go to. Słowa, które nijak nie pasowały do jego zimnego jak lód brata. Ćwierkanie także. Pierwszy raz od kiedy się pojawił podniósł głowę na brata. Wesel nie patrzył na niego. Skupiał swoją całą uwagę na małego skowronka nerwowo skaczącego mu po wierzchu dłoni.  Ćwierkanie było głośnie. Dla księżycowego boga bardzo znajome. Jakby słyszała ją. Ćwierkanie skowronka łagodziło ból w sercu Chorsa. Nie uleczyło raz, ale chociaż uczyniło jego ból w miarę znośnym. 

Zaćmienie księżyca dobiegało końca. Powoli odsłaniał on coraz większą część słońca, sprowadzając na świat słońce. Chors zaczął tracić materialną postać wraz z blaskiem dnia. Na pożegnanie skłonił się lekko bogu podziemi, a jego sylwetka całkowicie się rozpłynęła wracając na ojcowski rydwan. 

Postać Welesa jak i skowronka zaczęły robić się coraz ciemniejsze, aż rozpłynęły się w ostatnich śladach ciemności. Bóg ciemności zanim zniknął spojrzał jeszcze na krajobraz ostatni raz.

Polana skąpana była w słońcu. Nie było na niej krwi. Ciała kochanki, czy pokonanego wilka. Żadnych śladów bożej interwencji. Nikt nie poznał przebiegu zaćmienia. Chors wrócił na rydwan do ojca, milcząc. Nie ważne, ile pytań leciało w jego stronę on po prostu milczał. Czy to był Świętowit, który nie rozumiał, gdzie zniknęły wilki. Czy to Mokosz, która martwiła się o swojego szwagra. Czy Perun, który obwiniał się za nieostrożność. Tylko Jutrzenka jako jedyna spytała o Milanę, na co księżycowy bóg słabo się uśmiechnął patrząc siostrze w oczy. 

Zauważyła w nich drobną iskierkę, która dała jej odpowiedź. Skinęła głową, dając odejść bratu. Więcej wiedzieć nie musiała. Uśmiechnęła się lekko oddalając się do swoich obowiązków. 

Tak zakończyło się zaćmienie księżyca. 

Milana, księżycowa kochanka opuściła świat żywych. Wstąpiła do Nawii w towarzystwie samego Welesa, a Chors wrócił na swój posterunek strzegąc nocnego nieba. Wtedy i później żaden inny bóg nie pytał o podróż księżycowego boga na Ziemię, myśląc, że wspomnienia tamtej nocy odejdą dając mu ukojenie. 

Bóg Podziemi wbrew wszystkiemu co o nim sądzono miał serce. Jego młodszy brat otrzymał już wystarczającą karę za ingerencję, ale to nie znaczyło, że nie zasłużył na miłość. Żadne z nich nie zrobiło nic złego. Po prostu znaleźli się w złym miejscu i czasie. 

Każdego Nowiu Pan Podziemi zostawiał lekko uchylone wrota dla małego skowronka, który leciał na Ziemię, szukając księżycowego młodzieńca. 

Bez wiedzy innych, poza boskim wzrokiem chociaż przez cztery bezksiężycowe noce kochankowie mogli być razem.  


Licencja Creative CommonsTen utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe.